Blog


Słów kilka o współzamieszkiwaniu

autor: Karolina Fonfara, Agata Filipowicz / 8 Sierpień 2016

Anglicy to mistrzowie small talk. Żeby zacząć pogawędkę, przy każdej okazji pytali nas skąd wiemy o Old Hall - na polu, podczas tea time o 11.00 czy przy przesiewaniu pszenicy. Na początku opowiadałyśmy długą i zawiłą historię, o tym jak w nasze ręce wpadł artykuł o cohousingu i co się potem działo. Kiedy jednak same zaczęłyśmy się gubić, streściłyśmy ją, zgodnie z prawdą, do lapidarnego „przez przypadek”. O idei cohousingu jest w Polsce głośno w środowiskach alternatywnych, mimo to nie mówi się o niej na studiach architektonicznych. Postanowiłyśmy zgłębić temat na własną rękę i zdecydowałyśmy się na niskobudżetowy wyjazd na farmę organiczną w hrabstwie Suffolk na wschodzie Wielkiej Brytanii. Spędziłyśmy tam dwa tygodnie, korzystając z programu World Wide Opportunities on Organic Farms (http://wwoofinternational.org/), pomagając przy prowadzeniu gospodarstwa.


Wspólnota Sąsiedzka Old Hall, (http://oldhall.org.uk/) to grupa ludzi, którzy zdecydowali się żyć razem w dawnym budynku klasztoru otoczonym 28 hektarami pól uprawnych. Mieszkańcy to czterdziestu dorosłych i dziesięcioro dzieci, mają od dwóch do dziewięćdziesięciu lat. Niektórzy z nich mieszkają tam od momentu założenia wspólnoty w 1974 r. Postrzegają się jako członkowie lokalnej społeczności. Dzieci uczęszczają do okolicznych szkół, a wielu dorosłych pracuje nieomal w sąsiedztwie.

To były fakty, które znałyśmy wylatując do Anglii. Oprócz tego miałyśmy morze wątpliwości. Jak grupa ludzi, z własnej woli, może dzielić kuchnię, ogród i dzieci?





Gęsi i białe kruki

Kanapy w ogrodzie. Głośna muzyka. Stragan z cheddarem. Tłum rozbawionych ludzi. Ktoś zaprasza nas na koncert w bibliotece. Słyszymy tylko „rozgośćcie się”, w końcu Richard pokazuje nam pokój. Taki obraz Old Hall zobaczyłyśmy zaraz po przyjeździe. Następnego dnia okazało się, że społeczność miała swoje święto. Kiedy obchodzisz czterdzieste urodziny, zapraszasz kilku znajomych. Kiedy bawi się cała wspólnota, pojawia się tłum gości. Stawia się scenę, na której odbywają się przedstawienia dla dzieci i popisy kuglarzy, organizuje się loterię oraz garden party. Zaproszeni goście i solenizanci nie mieszczą się bowiem w żadnym z pomieszczeń, których w Old Hall wiele. 

Kiedy czterdzieści lat temu kilku znajomych zdecydowało się na wspólne zamieszkanie, ich wymaganiom przestrzennym odpowiadał jedynie wystawiony właśnie na sprzedaż klasztor w East Bergholt. O jego atrakcyjności przesądzał nie tyle metraż, co tereny pod uprawę, bo założycielami kierowała, oprócz chęci stworzenia wspólnego domu, potrzeba samowystarczalności. Dlatego zdecydowali się na prowadzenie farmy organicznej, która daje mieszkańcom pracę oraz wyznacza rytm życia w Old Hall. W miejscu tętniącym życiem podczas lata, zimą jest tak nudno, że można zapomnieć o oddychaniu. Tak przynajmniej twierdzi John, osiemdziesięcioletni założyciel wspólnoty.

Po układzie funkcjonalnym klasztoru niewiele pozostało. Refektarz zamieniono na kuchnię z wielką jadalnią. Szczególnym zabiegiem kreującym wspólną przestrzeń było zbudowanie w niej antresoli. Dzięki temu nie ma tam przytłaczającej stołówkowej hali, lecz klimatyczna jadalnia sprzyjająca interakcjom.



Kaplica po desakralizacji służy organizacji imprez. Obecne rozmieszczenie mieszkań zupełnie odbiega od tego, które służyło zakonnikom. Malvine i Kevin, którzy pomimo braku doświadczenia w projektowaniu musieli podzielić powierzchnię klasztoru na mieszkania, zburzyli regularny układ mnisich cel na rzecz zróżnicowanych pod kątem metrażu, doświetlenia i lokalizacji mieszkań. Nie ma dwóch takich samych jednostek mieszkalnych. Niektóre mają własną kuchnię, inne wspólną łazienkę. Cohouserzy mają bliższych i dalszych sąsiadów. Kiedy wielbicielka lokalnej muzyki Miriam wraca późno z koncertu, budzi tupaniem wszystkich w swoim skrzydle.

 Na swoim miejscu zostały jedynie pomieszczenia gospodarcze, zblokowane w jednej części budynku. Dzięki temu mieszkańcy spotykają się podczas wykonywania codziennych czynności, także tych indywidualnych, jak wieszanie prania i odbieranie poczty. Przy rewolucji przestrzennej oszczędzono klimatyczną bibliotekę z wysokimi oknami i plafonem, obecnie, prócz książek sprzed wieku, wyposażoną w poradniki dotyczące hodowli gęsi i uprawy ziół. Albumy ze zdjęciami cohouserów, uwieczniającymi postawienie stodoły, wykopki i tradycyjne przedstawienia sylwestrowe przygotowywane przez dorosłych dla dzieci, leżą na parapetach w sali królowej Anny. Co poniedziałek odbywają się tam zajęcia z jogi, a kiedy pomieszczenie stoi puste, szczególnie wieczorami, rządzi w nim duch królowej.

Pomimo takiej różnorodności wspólnych pomieszczeń, stanowią one tylko 10% całego przedsięwzięcia. Ze względu na dostępność dla niepełnosprawnych i starszych, wszystkie znajdują się na parterze, natomiast na piętrach mieszczą się już tylko mieszkania.






Wszystko, co da się zjeść łyżką

Każdy z mieszkańców jest inny, cohouserzy różnią się wiekiem, pochodzeniem, żyją w rodzinach lub samotnie. Ta różnorodność ma odbicie we wspólnotowym menu. Codziennie jeden z mieszkańców przygotowuje dla wszystkich obiad, a inny kolację. Kiedy gotuje Brenda, autorka książek o historii wspólnoty, lepiej nie wchodzić. Nie lada wyzwaniem dla kucharza jest stworzenie kilkudaniowego posiłku dla prawie pięćdziesięciu głodnych osób. Mieszkańcy Old Hall mogą spodziewać się na tablicy z jadłospisem wszystkiego: tradycyjnej angielskiej potrawki z baraniny, hummusu, bakłażana w sosie z masła orzechowego albo YMCA czyli Yesterday’s Meal Cooked Again (pl. “Odgrzane Wczorajsze Danie”). Pewnym jest jedynie, że przygotowana zostanie alternatywna potrawa dla wegetarian i coś łagodnego dla dzieci. Wszystkie produkty trafiają do kuchni prosto z ogródka. Wszystkie, prócz fasoli w puszce, która pojawia się na stole podczas każdej kolacji.

Obowiązki takie jak gotowanie, sprzątanie po posiłkach czy zmywanie rozdzielane są w ramach grafiku, do którego cohouserzy sami się wpisują. Z gotowaniem obiadu zmierzyłyśmy się osobiście, kiedy Louise poprosiła nas o pomoc. Po długiej naradzie, które z polskich dań wybrać na posiłek dla całego Old Hall, wybrałyśmy jednogarnkowe i proste, jak się wydawało, łazanki. Pracowałyśmy pod presją czasu, bo pory posiłków we wspólnocie są ściśle przestrzegane. Pierwsi głodni pojawiają się w kuchni jeszcze przed dzwonem z klasztornej wieży, który zwołuje wszystkich na posiłek.




Ponieważ każdy z mieszkańców zaczyna dzień o innej porze, śniadania nie są przygotowywane wspólnie. Poranna machina napędzana jednym tosterem i pięcioma patelniami na jajka sadzone działa, choć wydawać by się mogło, że gdy kilkanaście osób na raz próbuje przygotować sobie posiłek, musi dojść do zwarcia. Kolejnym punktem w planie dnia jest przedpołudniowa herbatka o 11. Niezależnie od tego, czy pracuje się w polu, warzy ser lub rąbie drewno, wypada pojawić się w kuchni i zamienić kilka słów z sąsiadem przy kubku gorącego napoju.

Rytm dnia wyznaczony przez posiłki przyspiesza o 13.00, kiedy spożywany jest, już wspólnie, lunch. Podawane są najczęściej świeże warzywa, ciepły jeszcze chleb i zupa. Zaraz po lunchu w kuchni rozpoczyna pracę kucharz przygotowujący najbogatszą w potrawy kolację. Musi zdążyć na 18.30, kiedy wzdłuż blatu ustawi się kolejka cohouserów z talerzami w dłoniach. Ci, którzy nie zdążą na szwedzki stół, mogą być pewni, że ktoś odłoży im jedzenie.

­­Posiłek wieńczy pudding, czyli zgodnie z definicją podaną przez Lornę, każdy deser, który da się zjeść łyżeczką. Najczęściej więc jest to słodka papka na mleku, świeże owoce czy angielskie crumble, obowiązkowo zalane jogurtem lub śmietaną. Siła tradycji jest tak wielka, że mieszkańcy Old Hall dodali nabiału nawet do upieczonej przez nas szarlotki i wyciągniętych z kompotu jabłek, a potem gratulowali nam wyśmienitego puddingu.





Nakarmić smoka

Josh pracuje na farmie. Należą do niego najcięższe prace - egzekucja świń, naprawianie maszyn, cięcie drewna i zbiory kalafiorów maczetą. Jednak największego powodu do dumy przysparza mu przygotowywanie posiłków do szkoły dla swoich dzieci, co zaburza normalne funkcjonowanie kuchni. Twierdzi, że może zaoszczędzić 20% swojej miesięcznej pensji, żyjąc w Old Hall z czteroosobową rodziną. Każdy nowy członek wprowadzając się do wspólnoty kupuje obligacje za mieszkanie zgodnie z aktualną średnią ceną domu w Anglii według Housing Prices Index. Wydatki na miesięczne utrzymanie domu opłacane są adekwatnie do zajmowanego metrażu. Poszczególne mieszkania ogrzewane są indywidualnie. Odprowadzana jest miesięczna składka od każdego z mieszkańców, pomniejszona w przypadku dzieci. Remonty finansowane są ze wspólnej kasy. Miesięcznymi wydatkami za kupowane wspólnie jedzenie mieszkańcy dzielą się po równo. Woda ogrzewana jest przy użyciu pieca nazywanego przez mieszkańców Old Hall dragon, dla którego paliwem są trociny. Trzeba do niego dokładać co trzy dni, stos trocin maleje więc szybko.





Specjaliści w pieczeniu chleba

Zarządzanie farmą organiczną i prowadzenie gospodarstwa domowego na pięćdziesiąt osób wymaga doskonałej organizacji. Wydawać by się mogło, że potrzeba jednego koordynatora prac, tymczasem mieszkańcy wypracowali sobie sprawny system wymiany informacji. Na tablicach rozdzielają obowiązki. Każdy deklaruje, że będzie pracował przez dwanaście godzin w miesiącu na rzecz wspólnoty. Pracuje się rotacyjnie w ramach grup zadaniowych. W ten sposób rozdzielane są prace przy zwierzętach, takie jak dojenie krów, karmienie świń i kur. Jeżeli ktoś potrzebuje pomocy lub chce poprosić o przysługę, również zamieszcza komunikat na tablicy. W podobny sposób rozwiązuje się car-sharing. Heather, kuratorka w Ipswich oferuje przejazd do miasta za każdym razem, gdy jedzie do pracy. Poza aktywnością zawodową, realizuje się na farmie jeżdżąc traktorem. Czasem w natłoku obowiązków zapomina o dyżurze przy zmywaniu. Wtedy na tablicy pojawia się komunikat: „dziękuję osobie, która wczoraj pozmywała za mnie naczynia”.

Poza grupami zadaniowymi działają specjaliści w warzeniu sera, obróbce nabiału, dokładaniu do pieca czy pieczeniu chleba. Tym ostatnim zajmuje się Peter, który zna tajniki produkcji od  ziarna, poprzez mąkę, aż do wypieku. Ze względu na ciągłą pracę przy młynie zawsze ma sine paznokcie.

Osobnym zagadnieniem jest uprawa ziemi. Old Hall prowadzi farmę organiczną, co znaczy, że rezygnuje ze środków chemicznych na rzecz naturalnych metod uprawy. W praktyce oznacza to dwa razy więcej pracy i zatrzęsienie robactwa. Niektórzy mają przydzielony fragment pola pod uprawę na rzecz wspólnoty. Z okien klasztoru widać malinowy chruśniak Johna i sad Dave’a z siedemnastoma odmianami jabłoni. Tylko sadownik, emerytowany architekt, zna historię każdego drzewa i wie, kiedy owoce są gotowe do zbioru. Za sznurkami na pranie stoją szklarnie z pomidorami, tuż obok Louise uprawia sałatę, a Heather szpinak. Stamtąd niedaleko już na pastwiska i pole z ziemniakami pod lasem. Obok stodoły i garażu na maszyny ciągną się zagony pora, kapusty, brokułów i kalafiora Josha.





Kraina szczęśliwych dzieci

Dzieci w Old Hall zawsze mają się z kim bawić. Zakamarki starego klasztoru i rozległy ogród, domki na drzewach i namioty są wymarzonym placem zabaw. Kiedy dzieci spędzają czas razem, opiekuje się nimi jedno z rodziców. Najmłodsza, dwuletnia Loana zostawiana jest czasem pod opieką starszych dzieci, kiedy jej mama ma dyżur w kuchni. Często jest wtedy narażona na drobne wypadki. Zawsze można jednak liczyć na uważne spojrzenie troskliwych seniorów. Nie wszyscy mieszkańcy lubią dzieci, dlatego zadaniem rodziców jest zapewnienie komfortu wszystkim. Mali domownicy także uczestniczą w pracach na rzecz wspólnoty, jednak nie w pełnym zakresie. Dojrzałość we wspólnocie osiąga się wraz z ukończeniem szesnastego roku życia, kiedy nabywa się obowiązków i praw dorosłych. Jednym z przywilejów jest możliwość przebywania w kuchni po 19.30. Spójna polityka wobec dzieci zakłada ograniczenia służące dobru wspólnemu i stworzeniu przestrzeni przyjaznej dzieciom. Jednym z jej symboli jest znak na bramie z napisem “children playing everywhere”.





Dwadzieścia minut na decyzję

W ciągu tygodnia na tablicy pojawiają się informacje dotyczące tematyki regularnych piątkowych spotkań. Odbywają się one po kolacji i chociaż trwają tylko dwadzieścia minut, sądząc po ilości cohouserów kręcących się w tym czasie po domu, nie cieszą się dużym zainteresowaniem. W spotkaniach mogą brać udział tylko pełnoprawni członkowie wspólnoty. Rozwiązują oni problemy i podejmują bieżące decyzje według planu. Co zrozumiałe, najbardziej kontrowersyjne sprawy odkładane są na comiesięczne obowiązkowe spotkanie. Mieszkańcy przyznają, że wybrana przez nich metoda podejmowania decyzji - konsensus - nie jest łatwa. Jeżeli choć jedna osoba nie wyrazi zgody na proponowane rozwiązane, trzeba szukać innego. Niektórzy, wykorzystując swoją charyzmę i pozycję, nadużywali prawa do sprzeciwu. Dlatego wprowadzono regułę, która uniemożliwia bezzasadne blokowanie inicjatyw. Od uczestników wymaga się dobrego uzasadnienia ich stanowiska. Mimo to, w życiu wspólnoty widoczna jest hierarchia. Johnatan, jeden z założycieli wspólnoty, pilnuje sprawiedliwego podziału jedzenia i nie widzi problemu w zwracaniu uwagi, jeżeli uzna, że ktoś wziął na talerz więcej niż powinien.




Jak zamieszkać w Old Hall?

Jest na to kilka sposobów. We wspólnocie można spędzić dwa tygodnie jako wolontariusz. Niektórym w Old Hall podoba się tak bardzo, że postanawiają przedłużyć wakacyjny wyjazd i zamieszkać tam na stałe. Montserrat z Katalonii dwa lata temu pracowała w ramach WWOOF. Związała się z jednym z mieszkańców, została i dzisiaj uczy wolontariuszy wiązania cebuli. W Old Hall stworzono możliwość wynajęcia mieszkania na krótki okres, z której rocznie korzysta kilka osób. Mają one status visitor (pl. odwiedzający), nie pracują w pełnym wymiarze na rzecz wspólnoty, lecz zasilają jej budżet adekwatną kwotą. Osoby chcące dołączyć do cohousingu na stałe, muszą odwiedzić go kilka razy (np. dwa razy w roku, zimą i latem). Kolejnym etapem jest spędzenie w Old Hall kilku dni jako visitor. Okres próbny służy nawiązaniu relacji z mieszkańcami i weryfikacji własnych oczekiwań. Potencjalni członkowie biorą też udział w comiesięcznych spotkaniach mieszkańców. O przyjęciu do wspólnoty decyduje rada mieszkańców metodą konsensusu, jednak nowi członkowie mogą wprowadzić się dopiero wtedy, kiedy zwolni się odpowiadająca im jednostka mieszkalna.



To działa!

Dwa tygodnie wystarczyły nam, żeby przekonać się, że cohousing jest realną i mającą wiele do zaoferowania alternatywą dla tradycyjnych form zamieszkania. Wychowywanie dzieci, podział obowiązków czy to, że ktoś nie lubi marchewki - na te problemy receptą jest dobra organizacja, klarowne zasady współżycia i dostosowana przestrzeń.

PRIV-COMMON.jpg




Karolina Fonfara i Agata Filipowicz

Zaangażowane w sektor NGO, nie zgadzają się na bylejakość. Czytają, podróżują, projektują. Ich motorem napędowym jest zdobywanie nowych doświadczeń, od eksperymentalnej kuchni do udziału w koncercie starodawnej muzyki angielskiej w kościele metodystów w Hadleigh. Całe życie mieszkają w miastach, w Old Hall po raz pierwszy doiły krowy. Studentki architektury.

 

Najnowsze i najpopularniejsze dawki wiedzy

Zamknij

Podaj tutaj swój adres email: