Blog


MOOC

autor: Agnieszka Gorońska / 31 Sierpień 2016

Niski, pucołowaty mężczyzna bierze mikrofon. Słychać w jego angielskim wyraźnie azjatycką nutę. To Sugata Mitra, naukowiec, który na przełomie mileniów przestał interesować się półprzewodnikami czy strukturami sieci neuronowych, a zaczął głosić dobrą nowinę: edukacja dzięki wynalezieniu Internetu będzie od tej pory dostępna dla wszystkich, zawsze i wszędzie. Nawet w ubogich slumsach Indii.  O jego najbardziej znanym eksperymencie, Dziurze w Ścianie (A Hole in the Wall), rozpoczętym w 1999 - można posłuchać na platfomie TED (w wystąpieniu z 2007 roku [link] lub z 2013 roku [link]) i usłyszeć inspirującą  historię o dzieciach z ubogiej dzielnicy Kalkaji w New Delhi, które spontanicznie zaczęły używać internetu dostępnego po angielsku w komputerze, który dosłownie wmurowano w ścianę ówczesnego biura Mitry, a potem w innych miasteczkach. Zostawione same sobie, pomimo braku znajomości angielskiego, grupowo uczyły się obsługi sprzętu, jęzków obcych, a nawet bardziej skomplikowanych zagadnień naukowych (wedle danych Mitry około 300 dzieci w ciągu pół roku, na jednym komputerze w ścianie). Sugata Mitra od tego czasu uczestniczy w różnych konferencjach dotyczących edukacji i jest najlepszym ambasadorem uczenia się przez Internet. 





Każdy z nas jest w znacznie lepszej sytuacji niż dzieci biorące udział w eksperymencie Mitry: ma zapewne własne urządzenie z połączeniem do Internetu, jakieś zręby wiedzy o języku angielskim i na pewno potrafi czytać. Nie musi też błądzić po omacku, za to, zwyczajem współczesnej kultury Zachodu, może położyć nacisk na efektywność i produktywność. A to wszystko dzięki istnieniu MOOCów. 



MOOC to skrót, który rozwija się do Massive Open Online Course - Zbiorowego, Otwartego Kursu Internetowego. Dorastaliśmy do tego pomysłu powoli, od czasu wynalezienia przez Imperium Brytyjskie współczesnego systemu edukacji, któremu miały podlegać wszystkie dzieci, bez względu na klasę, płeć czy wyznanie. Wraz z rozwojem mediów otrzymaliśmy pasma telewizji edukacyjnej, a także niezapomniane kursy korespondencyjne, gdzie wysyłano za pewną opłatą pakiet złożony najcześciej z zeszytu ćwiczeń i kasety magnetofonowej, przy czym nośnik ewoluował z czasem - była kaseta wideo, DVD. Dziś w ten sposób wciąż uczy się np. fitnessu. 

Internet stał się krokiem milowym w wymiarze edytor "Massive" - co prawda "Przybyszów z Matplanety" oglądały przecież setki tysięcy polskich dzieci, ale wszystko odbywało się w myśl zasady "każdy sobie rzepkę skrobie". Komunikacja między widzami, a także między oglądającymi a dystrybutorem programu była właściwie żadna. W MOOCu może teoretycznie brać udział choćby i milion osób, ale wciąż wysoce prawdopodobne jest istnienie między jednostkami czy grupami żywa, autentyczna komunikacja. 

A działa to tak: jednostka, zespół lub instytucja produkują materiały wideo, okraszają je, w zależności od tematu i możliwości, dodatkowymi materiałami: interaktywnymi ćwiczeniami, quizami, tekstami do analizy, wykresami, prezentacjami itd. Spreparowane odpowiednio treści wrzucają do Internetu na platformę obsługującą MOOCi (patrz: ramka), która umożliwia odbiorcom-uczniom dostęp do treści, a także pozwala im na dyskusje przez fora i czaty. Niektóre oferują też certyfikat po ukończeniu kursu i oddaniu wszystkich zadań domowych. Brzmi wspaniale, bo kimkolwiek byśmy nie byli i jakakolwiek nie byłaby zawartość naszego portfela, możemy po zalogowaniu się na jedną z platform spróbować swoich sił w kursach na przykład robotyki, oferowanymi przez takie giganty uniwersyteckie jak MIT czy Oxford.


Gdzie szukać najlepiej przygotowanych MOOCów?

Coursera www.coursera.org  - klasyka gatunku przez relatywnie długi czas wyznaczająca trendy, chyba najszerszy wybór tematów, najwięcej zadawanych wypowiedzi pisemnych i samodzielnych projektów końcowych, wolne i wyraźne nagrania wideo, które na całe szczęście bardziej zaawansowani użytkownicy angielskiego mogą sobie przyspieszyć. 

edX www.edx.org - najbardziej dopacowane, ale też natrudniejsze MOOCe w sieci. Autentyczne materiały z najlepszych światowych uniwersytetów, szybkie tempo, specjalistyczna wiedza, genialne symulacje do ćwiczeń praktycznych.

FutureLearn www.futurelearn.com - spory wybór różnych kursów (w tym wielu z przedmiotów humanistycznych!), ale sprofilowanych zbyt mocno pod amerkańskiego odbiorcę (odczuwalny w niektórych kursach infantylizm i spłycenie tematu).

Khan Academy www.khanacademy.org - to niemal wirtualne korepetycje. Darmowy dostęp do spersonalizowanych testów wiedzy wraz z wykładami pomagającymi uzupełnić luki w kustomizowalny sposób.

Canvas Network www.canvas.net/  - współpracują z pokaźną listą uniwersytetów i college’ów, ich kursy często związane są z umiejętnościami miękkimi, sporo też ekonomii - wszystko w krótkich, dobrze zmodułowanych kursach optymalizujących poświęcony na nie czas.

Iversity www.iversity.org - jedyne w stawce liczące się przedsięwzięcie o europejskich korzeniach (stąd też niemiecka wersja strony i niektórych kursów, dla anglofobów). Widać, że uczyli się na błędach Coursery, ale nie wiem czy nie wykreowali przy tym nowych niedostatków. Niewątpliwie jednak mają mnóstwo do zaoferowania. 

P2PU www.p2pu.org/en - ciekawe przedsięwzięcie, które zachęca do korzystania z MOOCów w grupach znajomych spotkających się na żywo. Lepiej tego zrobić się nie dało.

Udemy www.udemy.com - skoncentrowany w większości na umiejętnościach technologicznych: programowaniu, edycji mediów czy zaawansowanym wykorzystaniu pakietów biurowych. Ze względu na targetowanego odbiorcę, obok darmowych kursów wstępnych znajdziemy tu dużo kursów odpłatnych. 

Udacity www.udacity.com - tu także możemy poszerzyć swoje zdolności okołokomputerowe za pewną kwotę pieniędzy. Różnica jest taka, że rekiny przemysłu informatycznego honorują certyfikaty wydawane przez Udacity z otwartymi ramionami ze względu na dużą ilość ćwiczeń praktycznych i umowę handlową. 



Brzmi zbyt pięknie, aby było prawdziwe, prawda? Prawda. W dalszej części tego tekstu przyjrzę się różnym aspektom MOOCów i postaram się wskazać ich silne i słaby strony, aby łatwiej było Wam czerpać korzyści i możliwie najprościej niwelować niedostatki wnikające z takiej edukacji. A może zainspiruję Was to do stworzenia własnego kursu? Jesteśmy w końcu makerami, każdy z nas może nauczyć czegoś innych, nie marnujmy tej okazji!


Masywność / społeczność / plemiona

Jak już wspomniałam, to dzięki MOOCom poczyniliśmy największy krok naprzód w edukacji. Możliwość podyskutowania o różnych koncepcjach z człowiekiem z Australii  mieliśmy już wcześniej, ale zbiorowa kompetencja, fakt, że każdy do kursu dołącza z innymi doświadczeniami i umiejętnościami - jest nieoceniona. Wiele MOOCów  przydziela losowo kursantów do małych grup uczniowskich (study groups), żeby nie przytłaczały ich ilość ludzi i mnogość tematów, poruszanych na forach. 

A jednak, w przeciwieństwie do lekcji szkolnych czy wykładów uniwersyteckich, rzadko można zawrzeć przyjaźnie, które przetrwają cały kurs. Ba, w wielu kursach można poradzić sobie z zerową interakcją między innymi uczestnikami! Twórcy MOOCów próbują stymulować dyskusję przez naliczanie postów na forach (pewna minimalna liczba np. jeden post na tydzień w dowolnym temacie, pozwala zdobyć np. 15% końcowej oceny), tworzenie wyżej wymienionych study groups, a także ocenianie grupowe. Jak sami się zapewne domyślacie, żaden wykładowca nie ma czasu ocenić setek tysięcy prac w tydzień. Mniejsze testy oczywiście może oceniać komputer, dzięki istnieniu testów pytań zamkniętych, testów wielokrotnego wyboru czy uzupełnianek z kluczem. Ale to mało rozwojowe ćwiczenia - aby więc ukończyć bardziej prestiżowe kursy należy złożyć projekt końcowy - raport, esej, wideo lub własny program. Następnie ocenić prace trzech innych uczniów i samemu zostać ocenionym przez kolejną trójkę - wszyscy wybrani losowo przez system. 

To nie pomaga, jeśli samemu nie ma się chęci brania udziału w dyskusjach, nikt nie  może nas do tego zmusić. Ogromne rzesze ludzi, skoro mają taką możliwość, po prostu przeglądają materiał wideo i teksty, czerpią potrzebną im wiedzę i nigdy jej nie weryfikują ani nie pomagają innym zrozumieć tego, co sami już opanowali. Nic dziwnego, skoro często nie widzisz twarzy swoich kolegów i koleżanek, nie możesz z nimi też wyjść "po zajęciach na piwko" - nie masz częstokroć motywacji, by czuć się z nimi związanym, a cóż dopiero - odpowiedzialnym za nich! 



Cena / darmowość

Jak wiemy z ekonomii - nie ma darmowego lunchu. W zamian za dostęp do MOOCów musimy przehandlować część swoich danych. Osobiście mi to nie przeszkadza, nie lubię być anonimowa, kiedy mam szansę znetworkingować się ze specjalistami w interesującej mnie dziedzinie, ale nie wszystkim przychodzi to tak łatwo. Dalej jest jednak pod górkę. Gdy po ukończeniu kursu chcemy otrzymać certyfikat (imienny, z lub bez oceny) musimy uiścić pewną kwotę; są też kursy online, mieniące się MOOCami, gdzie trzeba płacić już za sam dostęp! Same certyfikaty mają też często tylko postać przesłanego nam do samodzielnego druku PDFa.

Ceny wahają się od symbolicznych dziesięć dolarów do nawet paru tysięcy. Jeśli w naszym interesie jest wzbogacenie sobie CV czy zyskanie dodatkowych punktów ECTS na uczelni, należy się głęboko zastanowić, które platformy wybrać i czy stać nas na dodatkowy papier. Dla mnie osobiście zrozumiałe jest płacenie twórcom jednostkowym i/lub co łaska (model Cohabitatu)  wyprodukowanie samemu co najmniej pięciu godzin nagrań (z doświadczenia, tyle przeciętnie liczą takie kursy) oraz materiałów dodatkowych. To wysiłek, za który należy się gratyfikacja. Uczelnie natomiast korzystają często z posiadanego sprzętu, materiałów i nagrań, a ich największym wkładem jest zarządzanie ogromnymi liczbami kursantów. Jeśli przystępują do takiego projektu z założeniem dobrowolnego wyrównywania szans między ubogimi, a ekonomicznie wydolnymi obywatelami świata - żądanie od tych biedniejszych zapłaty to czysta hipokryzja. Niestety, upłynie wiele megabitów w łączach, nim zwietrzone pieniądze będą pochodził głównie z crowdfundingu lub fundacji walczących o równy dostęp do wiedzy.



Zakres tematyczny

Mam nadzieję, że na tym etapie tekstu nie podchodzisz bezkrytycznie do tego typu edukacji (świetny artykuł o modelach edukacji alternatywnej, która odbywa się twarzą w twarz, napisała do tego numeru Marianna Kłosińska z Fundacji Bullerbyn) i zdajesz sobie powoli sprawę, że pewne rzeczy wypadają w nauczaniu przez MOOCi lepiej, inne zaś gorzej. Lepiej i częściej realizowane są tematy ścisłe - w rankingach liczebności królują kursy programowania, kodowania stron czy statystyki. Potem przedmioty eksperymentalne, jak chemia czy biologia, i kursy związane z finansami tudzież zarządzaniem. Posucha panuje wśród kursów językowych, które ulokowały się w innych gałęziach kursów internetowych i oprogramowania SRS (ang. Spaced Repetition System, System Powtórek Rozłożonych w Czasie).

Cudownym zjawiskiem jest rozkwit kursów dotyczących takich tematów jak ekologia, zrównoważony rozwój, a także kompetencji miękkich (nauczanie, zarządzanie czasem i zasobami, wyszukiwanie informacji, argumentacja, przemawianie publiczne, tworzenie organizacji oddolnych). Ponadto zauważalnie częściej ambitne podejście twórców pozwala realizować interdyscyplinarne MOOCi, gdzie wielu specjalistów wspólnie dzieli się swoją wiedzą, naświetlając problemy współczesnego świata i nauki z wielu perspektyw. Takie kursy mają też często najlepiej napędzane platformy dyskusyjne oraz wyraźnie zarysowaną obecność na mediach społecznościowych. Kiedy hashtag kursu zaczyna żyć własnym życiem, znacznie łatwiejsze okazuje się nawiązywanie kontaktów przez twittera, instagram czy facebooka. 


Teoria a praktyka 

Przy nauczaniu online instynktownie myślimy o braku praktyki. No bo co możemy więcej zrobić? Gapić się w ekran, pisać posty i wypracowania, rozwiązywać jakieś interaktywne testy. Tak, owszem, ale parę lat temu. Dziś coraz więcej MOOCów wychodzi naprzeciw potrzebom uczenia się w praktyce. Prace "semestralne" przesyła się na serwery w formie wideo lub audio, co wymaga nie lada zachodu i interakcji ze społeczeństwem. Ludzie z Harvardu, żeby uruchomić ogromnie złożony MOOC z dostępem do symulacji laboratoryjnych i cudownymi animacjami w temacie neuronauk (Fundamentals of Neuroscience - dostępne pod adresem https://www.mcb80x.org/) obrali model crowdfundingowy. Za niewielką opłatą wysyłali do przyszłych, chętnych studentów zestaw DIY do mierzenia potencjałów elektrycznych np. w ciele dżdżownicy. The Hong Kong University of Science and Technology zamieścił w swoim sylabusie do kursu Nauka w Gastronomii (The Science of Gastronomy www.coursera.org/course/scigast) potrzebne uczniom składniki ze sklepu spożywczego, które umożliwią im wykonanie eksperymentów z zadań domowych na... samym sobie. Zebrane przez nich dane posłużyły wykładowcom do dalszych analiz na bardziej reprezentacyjnej grupie badanych. Niektóre MOOCi (w tym, mam nadzieję, te udostępnione w przyszłości przez Cohabitat) oferują za dodatkową opłatą warsztaty offline, gdzie zdobytą wiedzę można przetestować w działaniu. Trend ten nieuchronnie będzie się rozwijał, tym samym zwiększając naszą, uczestników, satysfakcję. 


Certyfikaty z sieci

Jak wspomniano wcześniej, certyfikaty rzadko są darmowe. Czy opłaca się wysupłać grosz z portfela, żeby kupić sobie taki dokument? W Polsce - niekoniecznie. Pracodawcy z rzadka dorośli do tego, by uwzględniać kursy internetowe  jako miarodajny wzrost kompetencji pracownika. Uczelnie, przynajmniej te publiczne, także nie pozwalają umieścić MOOCów jako przedmiotów fakultatywnych w indeksie, ani naliczać z nich ECTSów. Jeśli natomiast masz kontakt z zagranicznym kontrahentem i stać Cię - bierz je w ciemno. Coursera dodatkowo ułatwia podczepienie zaliczonych kursów do profili na LinkedIn.

To, co należy tu rozważyć szczególnie, to KIEDY zapłacić za taki certyfikat. Jeśli przyjmiecie moją radę w tym zakresie, nie róbcie tego z góry. Wedle różnych statystyk (patrz tu www.katyjordan.com/MOOCproject.html] lub tu [zlinkować http://lytics.stanford.edu/datadriveneducation/papers/yangetal.pdf]) do końca kursu dotrwa od 5% do 40% zapisanych. To w tej chwili największy kłopot jaki istnieje w tym przedsięwzięciu - zapisać się jest łatwo, obejrzeć parę filmów z wykładami prosto, ale wykrzesać z siebie coś więcej bez mocnej, wewnętrznej motywacji już trudniej. Często zdarzy się coś ciekawszego do zrobienia, jesteśmy chorzy albo przytłoczeni nauką czy pracą, którą musimy odwalić "w prawdziwym życiu". MOOC nie ma sił przebicia na naszej liście priorytetów, co jednak prowadzi nas do kolejnego zagadnienia... 



Tempo kursów 

Istnieją dwa zasadnicze modele udostępniania zasobów - albo dostęp do kolejnych treści zyskujemy co tydzień, albo cały kurs dostajemy na tacy od razu i od nas zależy jak szybko “przerobimy” materiały i zadania. W pierwszym wymienionym modelu także zadania i egzaminy mają określony termin wykonania, w drugim już niekoniecznie. Wiele platform oferując model cotygodniowy szacuje za nas od razu liczbę godzin, które będziemy musieli poświęcić w tym przedziale czasu i wysyła w regularnych odstępach przypomnienia o nowych treściach.

W zależności od tego, jaki jest przedmiot kursu i jego poziom, powinniśmy sami dobrać sobie model. Kursy, z których nie potrzebujemy uzyskać certyfikatu lub istnieje duża szansa, że większość materiału jest nam znana warto móc “ogarnąć” za jednym razem. Tak dzieje się w przypadku kursów z umiejętności miękkich, jak organizowanie czasu czy tematów dobrze nam znanych z innych źródeł, dajmy na to budowaniu z gliny. Zazwyczaj możemy wtedy rozwiązać zadania bez oglądania wszystkich wykładów, mamy też szansę obejrzeć tylko to, co uzupełni nasze braki w wiedzy. Natomiast kursy posiadające w swoim curriculum duże projekty lub obejmujące kompleksowe tematy - np. genetykę molekularną czy edytowanie wideo - zdecydowanie lepiej opanowywać w stałym, z góry narzuconym tempie. Nowe informacje będą wtedy miały szansę skonsolidować się w naszej pamięci, mniejsza też będzie nasza frustracja wynikająca z natłoku danych. 


Jeszcze raz - co zrobić, żeby nie zwariować?

Chciałabym podsumować kilka punktów wartych rozważenia w celu maksymalizacji naszej satysfakcji z podjętego kursu MOOC. 

  1. Dowiedz się jak najwięcej przed rozpoczęciem kursu. Przeczytaj jego opis, wymagania, plan zajęć, dowiedz się jak długo będzie trwał itp. 

  2. Zaplanuj swoje działania i cele z wyprzedzeniem. Czy chcesz otrzymać certyfikat? Chcesz nawiązać nowe znajomości? Budujesz bazę źródeł? Ile czasu możesz poświęcić? (Protip: na Courserze i edXie są tzw. Pre-course surveys, które często pomagają uporządkować sobie w głowie własne oczekiwania)

  3. Korzystaj z narzędzi społecznościowych, które oferuje kurs. Zadawaj pytania, dziel się doświadczeniem i przemyśleniami, zaprzyjaźnij się z kimś. W swoim otoczeniu poszukaj kogoś, kto mógłby skorzystać z danego kursu razem z Tobą - nie ma lepszej motywacji niż ludzie, którzy dzielą Twoje pasje i zainteresowania. 

  4. Nie bój się eksperymentować. Zacznij od darmowych kursów i sprawdź się, potem łatwiej będzie Ci dobrać tematykę kursu czy jego trudność (kiedyś skusiłam się o MOOC na temat neuroobrazowania, dużo pisałam o tym w magisterce - okazał się szalenie medyczny i odpadłam w połowie. Ale przynajmniej czegoś się o sobie dowiedziałam!)

  5. Staraj się nie ignorować zadań domowych. Sam jesteś odpowiedzialny za siebie, a o niektórych rzeczach nie wystarczy przeczytać czy posłuchać. 

  6. Nie bierz za dużo na głowę. Człowiek na przeciętnym etacie i z jakimś życiem osobistym, może tak naprawdę sprostać dwóm MOOCom jednocześnie. Freelancerzy czy osoby na piątym roku studiów mogą się rzucać na kilka kursów, ale doradzam, aby się nie rozdrabniać i raczej zaczynać naraz mniej przedmiotów niż więcej.


WyTwórczość a MOOCi 

Na zakończenie tego tekstu chciałabym przypomnieć, jak mocno zazębiają się ideały permakulturowe, unschoolingowe czy cohabitatowe z MOOCami. Ten tekst nie znalazł się tu bez powodu! Nie ma bowiem nic bardziej WyTwórczego niż pragnienie propagowania wiedzy wśród wszystkich, którzy jej potrzebują; niezależnie od ich pochodzenia, koloru skóry, wyznania, orientacji seksualnej, płci czy majętności. W świecie tego typu kursów nie ma orzeczeń o niepełnosprawności czy dysortografii. Nauczyciel (lub system) nie ocenia nas za to, w jak ładny żakiet czy garnitur “wbiliśmy się” na egzamin, ani za upodobanie do kolczyków, tatuaży albo dreadów. W świecie MOOCów istnieją tylko nasze kompetencje i nasza wiedza - a my sami istniejemy na tyle, na ile interakcji  pozwolimy sobie z innymi.

Dzięki MOOCom budujemy w sobie samodzielnosć i niezależność - to od nas zależy, jakie przedmioty wejdą w nasz plan dnia. Czy obierzemy kierunek interdyscyplinarny, czy skoncentrujemy się na wąsko wyspecjalizowanych zagadnieniach? Obejrzymy każde wideo i zanurkujemy w każdy link “dla chętnych” czy też nie? Możemy  uczyć się ze znajomymi offline lub tworzyć grupy dyskusyjne na facebooku. Będąc odpowiedzialnymi za swój proces uczenia się w dość łatwo modyfikowalnej strukturze, uczmy się operować jako jednostki wewnątrzsterowalne i samowystarczalne. Podobnie jak autorzy systemów opartych na wikipedii - tworzymy sieć połączeń, wiedzy, kompetencji.

A nade wszystko - MOOCe, nawet pomimo ponurych wieszczeń i dalekich od ideału statystyk, wciąż są narzędziem do chwiania w posadach ruchem formalnej edukacji. Kością w gardle stoją różnym ministrom edukacji i wywołują opór u tych pracowników akademii, którzy zamknęli się w wieżach z kości słoniowej i potrafią już tylko pouczać ex cathedra. Dają lepszy dostęp do specjalistów z różnych dziedzin niż podręczniki w księgarniach i bibliotekach. Pozwalają konstruować swoją wiedzę świadomie, bez odgórnych ram narzucanych przez normy programowe. A gdy są zbyt niecodzienne, by znalazły się na nie fundusze w murach uniwersytetów - odwołują się do ducha crowdfundingu. 

Sugata Mitra powiedział kiedyś: Ludzie czasów wiktoriańskich byli świetnymi inżynierami. Stworzyli system edukacyjny tak trwały, że jest z nami do dzisiaj, produkując wytrwale identycznych ludzi dla maszynerii, która już nie istnieje. Nasze nowe szkoły są w chmurach, w wirtualnych chmurach, tam gdzie kamienie rozżalonych konserwatystów go nie dosięgną.



Agnieszka “Mizuu” Gorońska człowiek-orkiestra. Współpracuje z kilkoma pracodawcami naraz jako spec od języków obcych i edukacji. Najwięcej czasu spędza edukując innych, pisząc i ucząc się. Lubi być po obu stronach nauczycielskiego biurka, chociaż woli, żeby biurka w ogóle nie było, a wszyscy w grupie mówili sobie po imieniu. Ponadto blogerka i pisarka (odwiedźcie ją na goronska.pl) i Naczelny Queer Polskiego Tweetera. 

do cohabi.jpg


Najnowsze i najpopularniejsze dawki wiedzy

Zamknij

Podaj tutaj swój adres email: