Blog


Mieszkać i budować w grupie, czyli cohousing po polsku

autor: Krystyna Szurmańska / 16 Luty 2017


Co łączy statecznego prezesa wrocławskiej Fundacji Aktywny Senior i członkinię warszawskiej wspólnoty Orzeł Kondor Koliber, która zgłębia duchowość rdzennych kultur? Wydawałoby się, że niewiele, ale obie te osoby zostały mi polecone jako źródła informacji o sytuacji cohousingu w Polsce. Rozmawiałam z wieloma różnymi ludźmi, poznając przy okazji różne projekty, mniej lub bardziej związane z ideami cohousingu. W pewnym momencie zaczęłam się w tej różnorodności gubić. Zdałam sobie sprawę, że cohousingiem (lub wspólnotą inspirowaną cohousingiem) nazywa się w Polsce niemal każdą formę mieszkania w grupie, jak również wiele projektów, które z mieszkaniem w grupie nie mają nic wspólnego. Do worka z etykietą „cohousing” wrzuca się domy wynajmowane wspólnie przez kilka osób, kooperatywy mieszkaniowe, a nawet komercyjne osiedla budowane przez deweloperów. Słowo to zdaje się oznaczać wszystko i nic.

 





Czy rację ma więc jeden z moich rozmówców, który twierdzi, że „cohousing to zbyt szeroka koncepcja, aby była użyteczna”? Moim zdaniem nie, bo problem tkwi nie w samym terminie, ale w sposobie, w jakim go w Polsce (nad)używamy. Dlatego właśnie proponuję klasyfikację polskich form mieszkania w grupie, wśród których cohousing jest tylko jednym z bardzo konkretnych przypadków. Klasyfikację uzupełniam przykładami grup, które już w Polsce istnieją lub są w fazie dość zaawansowanych planów. Pierwsze pytania, które dobrze jest sobie zadać, aby ustalić, czy dany projekt rzeczywiście ma coś wspólnego z mieszkaniem w grupie to:


Czy istnieje przestrzeń wspólna? Czy mieszkańcy chcą mieszkać w grupie?


Tak -> Mieszkanie w grupie

Nie -> Mieszkanie obok siebie


Pytania te na pierwszy rzut oka wyglądają na trywialne, bo chyba oczywistym jest, że nie ma mowy o mieszkaniu w grupie, gdy mieszkańcy nie dysponują żadną przestrzenią, która służy przede wszystkim jako miejsce spotkań. Jeśli mieszkańcy mają się integrować, by mieszkać nie obok siebie, a w grupie, to potrzebują przestrzeni wspólnej: domu wspólnoty, wspólnego ogrodu czy (w przypadku domów wynajmowanych razem przez kilka osób) salonu, który służy wszystkim. Wspólna klatka schodowa, rowerownia czy ścieżka do furtki się nie liczą – gdyby tak było, to można by powiedzieć, że w grupie mieszka praktycznie każdy Polak. 


Nie wystarczy jednak dysponować przestrzenią wspólną – trzeba jeszcze chcieć wykorzystywać taką przestrzeń do spotkań z innymi mieszkańcami. Jeśli więc istnieje dom wspólnoty albo wspólny salon, ale mieszkańcy używają tych pomieszczeń na zmianę lub nie używają ich wcale, nie można mówić o mieszkaniu w grupie. Samo wydzielenie przestrzeni wspólnej tworzy warunki do kontaktów z innymi, jednak nigdy nie gwarantuje, że do interakcji będzie rzeczywiście dochodzić. Jeśli mieszkańcy nie będą chcieli się spotykać, to będą mieszkać obok siebie, a nie w grupie. Zwraca na to uwagę socjolożka Anna Wolska: „To nie jest tylko tyle, że ludzie razem zamieszkają. Bardzo ważne jest, co się później dzieje”. Badaczka podkreśla, że mieszkanie w grupie nie jest dane raz na zawsze, ale „to proces, tworzy się cały czas”. 




Jeśli mamy już ludzi, którzy dysponują przestrzenią wspólną i chcą mieszkać w grupie, to czas zastanowić się, co ich łączy. Czy postanowili zamieszkać razem wyłącznie dlatego, że zależy im na mieszkaniu w grupie, w której każdy czuje się dobrze i jest akceptowany przez przyjaźnie nastawionych sąsiadów? A może łączy ich coś więcej niż tylko chęć mieszkania razem? Może wyznają tę samą religię, są tak samo przywiązani do idei ochrony środowiska lub wszyscy identycznie zapatrują się na edukację swoich dzieci? W skrócie można to pytanie sformułować następująco:


Czy mieszkańców łączy tylko chęć mieszkania w grupie czy również inne wartości?


Tylko chęć mieszkania w grupie – sąsiedztwo intencjonalne (intentional neighbourhood)

Chęć mieszkania w grupie + inne wartości – wspólnota intencjonalna (intentional community)


Zasadniczo wszystkie formy mieszkania w grupie tworzone są przez ludzi, którzy chcą mieszkać w grupie i sami się organizują, aby stworzyć grupę, a następnie nią zarządzać. Są to więc inicjatywy oddolne, a nie projekty, o których kształcie decydują władze państwowe czy firmy deweloperskie. Jeśli deweloper opracowuje plany architektoniczne osiedla, a następnie sprzedaje kolejne mieszkania bez porozumienia z osobami, które już na tym osiedlu mieszkają, to nie ma to wiele wspólnego z jakąkolwiek formą mieszkania w grupie, a zwłaszcza z cohousingiem. Innymi słowy, o mieszkaniu w grupie możemy mówić wtedy, gdy to sami mieszkańcy decydują, z kim chcą mieszkać i na jakich zasadach. Tego rodzaju kwestie nie mogą być rozstrzygane odgórnie przez władze państwowe czy dewelopera.


Grupy dzielimy w zależności od tego, na jakich zasadach ich członkowie się dobierają. Może być tak, że mieszkańców łączy wyłącznie chęć mieszkania w przyjaznym otoczeniu i że nie można wskazać wspólnych im przekonań związanych z religią, ochroną środowiska, polityką czy edukacją. Tego rodzaju grupy w źródłach anglojęzycznych określane są często jako „intentional neighbourhoods”, czyli „sąsiedztwa intencjonalne”. Stosunkowo łatwo można do nich dołączyć, ponieważ są otwarte na każdego, kto chce mieszkać w grupie i tworzyć przestrzeń, w której wszyscy mieszkańcy czują się mile widziani. Od nowych członków nie oczekuje się, by wyznawali określoną ideologię – wystarczy, że chcą wprowadzać w życie ideę życia w grupie. W sąsiedztwach intencjonalnych liczy się więc „idea bez ideologii” (określenie zapożyczone od Anny Wolskiej).



Nieco inaczej wygląda sytuacja w grupach, których członków łączy nie tylko chęć mieszkania razem, ale też i inne wartości, na przykład przynależność do jednej religii czy ten sam sposób zapatrywania się na kwestię ochrony środowiska. Nie są to sąsiedztwa intencjonalne, ponieważ mieszkańcom nie zależy wyłącznie na tym, by mieć dobrych sąsiadów. Członkowie takich grup z jednej strony chcą wprowadzać w życie ideę mieszkania razem, a z drugiej dążą do tego, by żyć według pewnych wartości, które są im wspólne. W źródłach anglojęzycznych grupy tego rodzaju charakteryzuje się jako „intentional communities” („wspólnoty intencjonalne”). Aby do nich dołączyć, trzeba z jednej strony chcieć mieszkać w grupie, a z drugiej wyznawać te wartości, które są dla danej grupy kluczowe. Jeśli grupa ma charakter religijny, to dołączyć do niej mogą wyłącznie osoby, które wyznają daną religię. Jeśli spoiwem grupy jest możliwie najbardziej ekologiczny tryb życia, to nie pasują do niej ci, którzy może i chcą mieszkać razem, ale nie widzą potrzeby, by segregować odpady. U podstaw wspólnot intencjonalnych leżą „idea i ideologia” – dlatego (inaczej niż w przypadku sąsiedztw intencjonalnych) nie może dołączyć do nich każdy, kto po prostu chce wcielać w życie ideę życia w grupie. Zanim przejdę do omówienia konkretnych grup, które istnieją lub są planowane w Polsce, chcę zadać ostatnie pytanie pomocne przy klasyfikacji rodzajów życia w grupie.


Jak wygląda przestrzeń prywatna danego mieszkańca lub rodziny? 


Pytanie to pomaga zwrócić uwagę na proporcje między przestrzenią prywatną a przestrzenią wspólną. Istnieją grupy, których członkowie posiadają oddzielne mieszkania lub domy, a wspólnie korzystają z domu wspólnoty, placu zabaw dla dzieci, ogrodu itp. Inny rodzaj grup to te, gdzie przestrzeń prywatna jest bardziej ograniczona, na przykład domy, których mieszkańcy mają oddzielne pokoje, a dzielą pomieszczenia, takie jak salon, kuchnia i łazienki. 


Dzięki pytaniu o przestrzeń prywatną można wyróżnić następujące typy sąsiedztw intencjonalnych:


Oddzielne mieszkania lub domy – kto je wybudował?

Wybudowali je sami mieszkańcy w grupie (oddolnie) – cohousing

Wybudowano je w inny sposób (nie całkiem oddolnie) – *quasi-cohousing


Oddzielne pokoje – *sąsiedzki dom kooperatywny


Pierwszą i najważniejszą odmianą sąsiedztwa intencjonalnego jest cohousing. Co to dokładnie jest? Odnosząc się do zdefiniowanych powyżej kategorii, można powiedzieć, że cohousing to mieszkanie w grupie złożonej z osób, które chcą żyć w otoczeniu przyjaznych sąsiadów, a których nie łączy żadna głębsza ideologia. W cohousingu panuje otwartość na ludzi o różnych poglądach i stylach życia, co odróżnia ten model mieszkania w grupie od wspólnot intencjonalnych. Architekt Dawid Cieślik (autor jedynej polskiej pracy doktorskiej na temat cohousingu) podkreśla, że w cohousingu nie wymaga się od nowych członków, by mieli określone poglądy na politykę, religię, ekologię czy odżywianie. Proponuje prosty test, który pozwala określić, czy dana grupa jest cohousingiem czy raczej wspólnotą intencjonalną: „Niech mieszkańcy przedstawią to, co ich połączyło. Potem zapytaj ich, czy przyjęliby kogoś o zupełnie odmiennych przekonaniach. Jeżeli powiedzą, że nie, to nie jest to cohousing”. Według Dawida Cieślika za cohousing nie można uznać grupy, której członków łączy jedna charakterystyczna cecha, ponieważ „nie jest to dbanie o dobre relacje w sąsiedztwie”. Architekt zauważa, że istnienie ideologicznego spoiwa jest źródłem zagrożenia dla poszczególnych członków grupy – każdy może bowiem stać się czarną owcą, jeśli utraci cechę kluczową dla członkostwa w grupie. Wystarczy wyobrazić sobie, że osoba mieszkająca w grupie, której członków łączy religia katolicka, przechodzi nagle na islam. Taka osoba nieuchronnie staje się dla grupy problemem i przestaje być w niej mile widziana.


Cohousing nie jest tworzony odgórnie, z inicjatywy na przykład dewelopera, ale jest efektem działań oddolnych.  Punkt startowy dla cohousingu to moment, gdy osoby zainteresowane takim modelem mieszkania w grupie postanawiają zacząć razem działać. Wspólnie wybierają i kupują działkę, a potem z pomocą architekta projektują osiedle złożone z oddzielnych domów lub mieszkań, a także sporej przestrzeni wspólnej. Do przestrzeni wspólnej należą zwykle: dom wspólnoty, ogród, plac zabaw dla dzieci, pralnia, rowerownia itp. Kiedy budowa jest już ukończona, mieszkańcy razem zarządzają swoim osiedlem, organizując spotkania ogółu mieszkańców oraz działając w grupach roboczych, które zajmują się poszczególnymi aspektami codziennego życia w grupie. Spotkania ogółu mieszkańców służą podejmowaniu decyzji. Mieszkańcy dyskutują o kwestiach dotyczących osiedla, a następnie starają się dojść do konsensusu lub, jeśli uzyskanie konsensusu jest niemożliwe, przeprowadzają demokratyczne głosowanie. Warto podkreślić, że w grupie nie ma hierarchii, przez co głos każdego mieszkańca jest równie ważny, a poszczególne osoby mogą same decydować, w których wspólnych działaniach chcą uczestniczyć. Grupy robocze tworzone są przez mieszkańców na zasadzie dobrowolności – nikt nikogo nie oddelegowuje do zarządzania kwestiami finansowymi czy uprawiania wspólnego ogrodu. Dobrowolne jest także uczestnictwo w spotkaniach, które służą integracji grupy, na przykład we wspólnych posiłkach organizowanych w domu wspólnoty.


Tyle teorii, bo czas przejść do kwestii istnienia cohousingu w Polsce. Czy działa już u nas choć jedno osiedle, które ma opisane powyżej cechy i które w związku z tym można nazwać cohousingiem? Niestety nie, ponieważ nie sposób wskazać w naszym kraju osiedla powstałego w wyniku oddolnych działań ukierunkowanych na to, by (jak w tytule Cohabitatowych webinarów o cohousingu) „budować i mieszkać w grupie”. Stosunkowo najbardziej do cohousingów zbliżone są polskie kooperatywy mieszkaniowe, ale w ich przypadku można mówić jedynie o „budowaniu w grupie”. „Życia w grupie” raczej w nich nie ma, ponieważ wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy polskich kooperatyw działają razem tylko do momentu zakończenia prac budowlanych, po czym każdy zaczyna już żyć własnym życiem. Nic mi nie wiadomo o istnieniu kooperatywy, która funkcjonowałyby na terenie Polski, a której mieszkańcy podejmowaliby jakiekolwiek działania mające na celu integrację grupy, np. organizowaliby wspólne posiłki. W efekcie nie mogę żadnej polskiej kooperatywy mieszkaniowej uznać za cohousing.


Polski cohousing istnieje na razie w sferze mniej i bardziej zaawansowanych planów. Największe szanse na realizację ma chyba projekt cohousingu w Krakowie, który powstaje z inicjatywy Anny i Pawła Wolskich. Anna Wolska tematyką cohousingu zajmuje się od ponad 10 lat i jest autorką wielu publikacji poświęconych temu zagadnieniu. W zeszłym roku wraz z mężem zaczęła szukać osób, które chciałyby zamieszkać razem w przyjaznym sąsiedztwie. Tak powstała grupa Cohousing Kraków, a w konsekwencji plan stworzenia osiedla złożonego z około 20 mieszkań oraz przestrzeni wspólnej. Do tej pory przez grupę przewinęło się około 20 osób, przy czym wskazać można cztery rodziny, które stanowią trzon grupy i są najbardziej zdeterminowane, by wprowadzić w życie ideę zamieszkania w cohousingu. Rodziny te spotykają się co pewien czas i omawiają propozycje kolejnych działań, które mogłyby popchnąć projekt do przodu. Obecnie największym wyzwaniem jest znalezienie działki, ponieważ Kraków nie cierpi na nadmiar tanich działek budowlanych w granicach miasta, a członkowie grupy nie chcą wyprowadzać się na wieś. W związku z tym pojawił się pomysł, by nie szukać pustej działki i budować od zera, a zamiast tego rozejrzeć się za gotową inwestycją. Taka gotowa inwestycja mogłaby być dobrym rozwiązaniem, gdyby udało się dogadać z deweloperem i, na przykład, wykupić dodatkowe jedno lub dwa mieszkania, a następnie przerobić je na pomieszczenia wspólne. W ten sposób mieszkańcy wcieliliby w życie ideę, by „budować i mieszkać razem”: dostosowaliby projekt architektoniczny do swoich potrzeb i stworzyliby przestrzeń do spotkań. Powstałby pierwszy polski cohousing z prawdziwego zdarzenia.



Dlaczego nie doczekaliśmy się jeszcze w Polsce żadnego cohousingu? Wydaje mi się, że największe wyzwanie to sfinansowanie rozbudowanej przestrzeni wspólnej, ponieważ są to dodatkowe koszty, które mało kto chce i jest w stanie udźwignąć. Samo wzniesienie budynków mieszkalnych to spory wydatek, więc nie dziwi fakt, że na żadnym polskim osiedlu wybudowanym w ramach kooperatywy mieszkaniowej nie ma domu wspólnego, a nawet wspólne ogrody nie są zjawiskiem powszechnym. 


Inne wyzwanie to brak sprawdzonych rozwiązań finansowych i prawnych, przy czym pewnym punktem odniesienia mogą być w tych kwestiach doświadczenia polskich kooperatyw mieszkaniowych. Istnieją też już pierwsze opracowania dotyczące realizacji projektów cohousingowych w kontekście polskiego prawa, np. artykuł „Warunki legislacyjne i sposoby finansowania projektów w Polsce” autorstwa Anny Wolskiej, który został opublikowany w bezpłatnym e-booku „Habitat StartUp Kit”. 


Oprócz tego trwają prace nad kolejnymi materiałami, które mają ułatwiać łączenie się w grupy i budowanie cohousingowych osiedli. Za kilka miesięcy w przestrzeni polskiego internetu powinien pojawić się system zawiązywania grup przeznaczony dla osób zainteresowanych cohousingiem. Jest on opracowywany pod kierownictwem architekta Dawida Cieślika i ma stanowić poligon doświadczalny dla grup, które planują, że będą budować i mieszkać razem. Dzięki dostarczanym przez system ankietom i problemom do rozwiązania członkowie poszczególnych grup będą mogli przekonać się, czy są w stanie ze sobą współpracować. Działania podejmowane razem w sieci pomogą im zdecydować, czy ich grupa jest na tyle mocna, że warto zrobić kolejny krok i zacząć prace nad budową cohousingu. 


Niewątpliwie budowa cohousingowego osiedla to skomplikowany proces, bo niełatwo stworzyć mocną grupę, znaleźć optymalne dla niej rozwiązania finansowe i prawne, a także pokryć koszty całego przedsięwzięcia. Dlatego właśnie pojawiają się w Polsce plany tworzenia grup, które ja nazywam „quasi-cohousingami”. Grupy te mają realizować pewne zasady cohousingu: zamierzają mieszkać w oddzielnych mieszkaniach lub domach i spotykać się w przeznaczonej do tego celu przestrzeni wspólnej. Nie planują jednak budować nowych osiedli od podstaw – zamiast tego chcą wykorzystywać istniejące już budynki mieszkalne. Doskonałym przykładem quasi-cohousingu jest projekt Fundacji Aktywny Senior, która zachęca mieszkańców bloków na wrocławskich Popowicach, by wprowadzali elementy cohousingu w swoich klatkach schodowych. Projekt jest jeszcze w początkowym stadium rozwoju, ale docelowo mieszkańcy poszczególnych klatek mają wspólnie decydować, czy i w jaki sposób chcą adaptować pomieszczenia niemieszkalne (np. suszarnie lub puste strychy), tak by w efekcie przekształcać je w przestrzeń do spotkań. Jeśli taka adaptacja się uda, a mieszkańcy będą się w zaadaptowanym pomieszczeniu spotykać, to – choć razem nic nie wybudują – uda im się zrealizować kluczowy dla cohousingu cel: stworzą sobie przyjazne sąsiedztwo złożone z osób, których nie łączy żadna konkretna ideologia.


Oprócz cohousingów i quasi-cohousingów, czyli projektów, w których członkowie grupy dysponują oddzielnymi mieszkaniami lub domami, istnieje jeszcze trzeci rodzaj sąsiedztw intencjonalnych, a mianowicie domy dzielone przez kilka osób, które decydują się zamieszkać razem, ponieważ chcą realizować ideę życia w przyjaznym sąsiedztwie. Ja takie domy nazywam „sąsiedzkimi domami kooperatywnymi”, czyli domami zamieszkiwanymi przez osoby, które podejmują wspólne działania, ale nie tworzą wspólnoty spojonej jakąkolwiek ideologią. Za sąsiedzki dom kooperatywny uważam na przykład Dolinę Muminków, czyli dom w podwarszawskiej Falenicy wynajmowany przez grupę sześciu osób o różnym wykształceniu, wieku i zainteresowaniach. Dom powstał z inicjatywy dwóch znajomych, które w połowie zeszłego roku stwierdziły, że męczy je miasto i że chciałyby zamieszkać wspólnie w domu pod lasem. Kiedy upatrzyły sobie konkretny dom, zaczęły szukać osób, które by z nimi zamieszkały. Nie próbowały dobrać kolejnych mieszkańców według jakiegokolwiek ideologicznego klucza – oczekiwały jedynie, że nowe osoby będą chciały zamieszkać w danym domu i stworzyć w nim przyjazną przestrzeń do życia. Jak mówi jedna z założycielek Doliny Muminków, Maja Rózga: „patrzyłyśmy, kto chce się dołączyć do tej naszej idei, dom – las – ludzie; nie było żadnych innych pomysłów poza tym, że nie chciałyśmy mieć w domu imprezowni”. W rezultacie w domu zamieszkały osoby, których nie łączy jakiekolwiek ideologiczne spoiwo w postaci przywiązania do określonego stylu życia czy sposobu odżywiania. Maja zauważa, że kilku mieszkańcom bliska jest idea ekowiosek, ale nie wszystkim; że są osoby zainteresowane zdrowym odżywianiem, ale nie dla każdego ten temat jest ważny. Według Mai ta różnorodność stanowi zaletę Doliny Muminków: „Podoba mi się, że nie jesteśmy jednogłosem, że są między nami różnice i że każdy jest trochę inny”.


W sąsiedzkich domach kooperatywnych, podobnie jak w cohousingach, integracja mieszkańców następuje w obrębie przestrzeni wspólnej. W przypadku Doliny Muminków na przestrzeń wspólną składają się ogród, weranda, kuchnia oraz salon. W tych właśnie miejscach mieszkańcy spotykają się i organizują wspólne działania, takie jak posiłki czy warsztaty. Oprócz tego ważnym elementem życia w grupie są spotkania, w czasie których mieszkańcy omawiają bieżące problemy i starają się je wspólnie rozwiązywać. Głos każdego mieszkańca jest równie ważny, ponieważ w grupie nie ma formalnego lidera, któremu reszta mieszkańców musiałaby się podporządkować. Każdy otrzymuje możliwość, żeby się wypowiedzieć, co z jednej strony ma uczyć otwartości w wyrażaniu swoich opinii, a z drugiej służy rozwijaniu umiejętności sprawnego dochodzenia do porozumienia. Oczywiście osiągnięcie konsensusu nie zawsze jest możliwe, przez co zdarza się, że mieszkańcy przeprowadzają demokratyczne głosowania w tych sytuacjach, w których nie udaje im się wypracować satysfakcjonującego dla wszystkich rozwiązania. Niezależnie od tego, czy podejmują decyzje drogą konsensusu czy przez głosowanie, spotkania dotyczące bieżących problemów są dla nich swego rodzaju szkołą komunikacji z innymi. Zwraca na to uwagę Maja, która mówi, że dzięki spotkaniom „wszyscy się dużo uczymy” i podkreśla, że mieszkanie w Dolinie Muminków „wyrywa z uśpienia, ponieważ nie jest tak, że problemów się nie omawia, a one stopniowo narastają”.


Warto zauważyć, że w przypadku domów kooperatywnych, czyli domów dzielonych przez kilka osób, trudno jest wyznaczyć wyraźną granicę między domami sąsiedzkimi i wspólnotowymi, czyli domami, których mieszkańców, odpowiednio, nie łączy lub łączy pewna ideologia. Wynika to przede wszystkim z faktu, że domy kooperatywne są zamieszkiwane przez dość małe grupy (maksymalnie kilkanaście osób). Łatwo więc o sytuacje, w których do jednego domu wprowadzają się ludzie o podobnych zainteresowaniach czy podejściu do życia – nawet wtedy, gdy nikt nie planuje tworzenia domu o konkretnym „temacie przewodnim” i nie stawia nowym członkom wymagań dotyczących, na przykład, przynależności religijnej czy przywiązania do określonego sposobu odżywiania. Przykładem domu kooperatywnego, który „mimowolnie” połączył osoby o podobnych zainteresowaniach są chociażby warszawskie Kukułki. Dom ten działał na Ursynowie przez rok do czerwca 2014 roku, a jego założycielami byli ludzie działający w fundacji Mieszadło. Większość pozostałych mieszkańców również miała bliższy lub dalszy związek z Mieszadłem, pomimo tego że aktywność w fundacji nie stanowiła warunku zamieszkania w domu. Nieco inaczej kwestia podobieństw łączących mieszkańców ukształtowała się w Bażanciarni, wrocławskim domu kooperatywnym, który powstał w czerwcu 2013 roku i działa do dziś. Choć nikt tam nie planował, by dobierać członków grupy pod kątem wykonywanych przez nich zajęć, to tak się złożyło, że od kilku tygodni w domu mieszkają niemal sami muzycy. Kiedy okazało się, że na ośmioro mieszkańców aż siedmioro mniej lub bardziej profesjonalnie zajmuje się muzyką, pojawiły się pomysły, by wspólnie grać i śpiewać. Jest jednak jeszcze za wcześnie, by móc stwierdzić, czy Bażanciarnia przekształciła się w dom muzyczny. Jak bowiem zauważa mieszkający tam Szymon Chrobak: „Dopiero teraz zawiązała się grupa, która będzie tu dłuższy czas mieszkać”. Profil domu ciągle się klaruje, przez co nie sposób ocenić, czy Bażanciarnia jest domem bardziej sąsiedzkim czy bardziej wspólnotowym. 



Przykład Bażanciarni doskonale pokazuje, że klasyfikacja form życia w grupie ma przede wszystkim charakter orientacyjny i że nie należy poszczególnych kategorii postrzegać jako zamkniętych zbiorów cech o wyraźnie zdefiniowanych granicach. Granice między kategoriami są cienkie, przez co często zdarza się, że konkretne grupy, jak Bażanciarnia, nie należą do takiej czy innej kategorii, ale sytuują się gdzieś pomiędzy. „Ile ludzi, tyle wspólnot” – mówi Anna Wolska. „Jest bardzo dużo odcieni szarości”.


W przypadku Bażanciarni trudno powiedzieć, czy muzyka, którą zajmuje się większość mieszkańców domu, stanowi jego „ideologiczne spoiwo”. Gdyby tak było, to wtedy od każdego nowego członka grupy wymagano by, że będzie muzykiem. Jeśli stawiano by takie warunki, to wtedy można by dojść do wniosku, że Bażanciarnia stała się wspólnotowym domem kooperatywnym, a zatem rodzajem wspólnoty intencjonalnej. W jaki sposób dzielimy wspólnoty intencjonalne? Podobnie jak w przypadku sąsiedztw intencjonalnych, dobrze jest wziąć pod uwagę proporcje między przestrzenią prywatną a publiczną. Na tej podstawie możemy wyróżnić dwa podstawowe rodzaje wspólnot intencjonalnych:


Jak wygląda przestrzeń prywatna danego mieszkańca lub rodziny?


Oddzielne mieszkania lub domy

Oddzielne pokoje –*wspólnotowy dom kooperatywny/coliving


W Polsce wspólnoty intencjonalne, których mieszkańcy dysponują oddzielnymi mieszkaniami lub domami, to najczęściej ekowioski. Według definicji zamieszczonej przez Johna Raimondo  na stronie enviropaedia.com: „ekowioski to położone na wsiach lub miastach wspólnoty dążące do stworzenia przyjaznego środowiska społecznego, które wywiera niewielki wpływ na środowisko naturalne. Do osiągnięcia tego celu wykorzystywane są różnego rodzaju formy ekologicznej architektury, permakultury, ekologicznej produkcji, odnawialnych źródeł energii, działań wzmacniających wspólnotę itp.” Warto podkreślić, że ekowioski niekoniecznie muszą znajdować się na wsiach, a więc nie ma podstaw, by przeciwstawiać wiejskie ekowioski miejskim cohousingom. Podstawowa różnica między ekowioskami a cohousingami polega nie na ich położeniu, ale na powodach, dla których ich mieszkańcy łączą się w grupy. O ile w cohousingach ludzie chcą jedynie realizować ideę mieszkania w przyjaznym sąsiedztwie, to w ekowioskach oprócz życia w grupie liczy się coś jeszcze, a mianowicie życie blisko natury. W efekcie mieszkańcami ekowiosek mogą stać się tylko te osoby, którym bliskie są wartości ekologiczne. 


Dobrym przykładem polskiej ekowioski jest położona w Jordanowie międzynarodowa wspólnota Bhrugu Aranya. Mieszka w niej 15 osób, przy czym poszczególne rodziny mają oddzielne domy. Członków wspólnoty łączy przywiązanie do ekologicznego stylu życia, co wyraża się z jednej strony w uprawianiu ziemi zgodnie z zasadami rolnictwa ekologicznego Homa, a z drugiej w codziennym paleniu Agnihotry, czyli ognia, który (jak informuje ich strona internetowa) „pomaga transformować ludzkie życie oraz uzdrawiać planetę”. We wspólnocie zabronione jest spożycie mięsa, ryb, jajek, alkoholu, narkotyków oraz palenie papierosów, a zakazy te obowiązują nie tylko mieszkańców, ale też wszystkich, którzy odwiedzają Bhrugu Aranya.


Oczywiście „ideologicznym spoiwem” wspólnoty intencjonalnej nie zawsze jest przywiązanie do ekologicznego stylu życia. Przyczyny, dla których ludzie łączą się w takie wspólnoty są bardzo różne – może być to też na przykład chęć zapewnienia swoim dzieciom określonego rodzaju edukacji. Tak jest we wspólnocie, która powoli kształtuje się w Beskidzie Żywieckim z inicjatywy Marcina Galickiego. Impulsem do jej założenia był moment, kiedy Marcin zaczął rozglądać się za dobrą szkołą dla swoich dzieci. Zainteresowało go nauczanie metodą Montessori, ale ustalił, że wszystkie szkoły wykorzystujące tę metodę były w jego regionie nie dość że prywatne, to jeszcze bardzo drogie. W 2013 roku wyprowadził się więc z Warszawy, aby wraz z rodziną osiąść w Beskidzie Żywieckim. Tym samym zainicjował powstanie wspólnoty złożonej z rodzin, których dzieci uczęszczają do publicznej szkoły Montessori znajdującej się Krzyżowej koło Korbielowa. Obecnie wspólnota liczy 5 rodzin, przyjezdnych z różnych części Polski. Poszczególne rodziny wynajmują na razie domy od okolicznych mieszkańców, ale w planach jest budowa glinianych domów, które byłyby wynajmowane rodzinom na kilka lat, to jest do czasu, kiedy dzieci ukończą naukę w szkole. Trwają właśnie prace nad zebraniem funduszy na budowę – być może uda się pozyskać fundusze z Unii Europejskiej lub wsparcie ze strony impact inwestorów (to jest inwestorów, którym zależy nie tylko na zysku finansowym, ale też na wytwarzaniu społecznego dobra). Jeśli powstanie osiedle złożone z glinianych domów, to wspólnota z jednej strony będzie skupiona wokół idei alternatywnej edukacji, a z drugiej będzie miała charakter ekologiczny. Być może stanie się ekowioską, ponieważ plany jej rozwoju zakładają nie tylko budowanie z gliny, ale też uzyskanie niezależności energetycznej i wykorzystywanie elementów permakultury.


Oprócz wspólnot intencjonalnych, których członkowie mieszkają w oddzielnych mieszkaniach lub domach, istnieją jeszcze takie wspólnoty, gdzie przestrzeń prywatna jest ograniczona do pojedynczych pokoi. Tak jest w domach, które ja nazywam „wspólnotowymi domami kooperatywnymi”, a które w źródłach anglojęzycznych określa się często słowem coliving. Jak można wyczytać na stronie coliving.org, „mieszkańcy colivingów mają wspólne zainteresowania, razem zarządzają swoim miejscem zamieszkania, dzielą się zasobami i organizują działania, które pozwalają im wykorzystywać swoją kreatywność i intelekt do wprowadzania w świecie zmian na lepsze”. Innymi słowy, mieszkańców tego rodzaju domów nie łączy jedynie chęć mieszkania w przyjaznym sąsiedztwie, ponieważ zawsze istnieje jeszcze jakieś dodatkowe spoiwo wspólnoty – te same zainteresowania czy to samo podejście do kwestii zmieniania świata na lepsze. Każdy dom ma więc swego rodzaju „temat przewodni”.


W Polsce wspólnotowe domy kooperatywne mają rozmaite tematy przewodnie. Często takim tematem bywa religia. Istnieją domy dzielone przez świeckich katolików, na przykład wrocławski Duży Dom, w którym od lat 90. mieszka razem kilka katolickich rodzin. Czasem mieszkańców łączy nie konkretna religia, ale zainteresowanie określonego rodzaju duchowością. Tak jest w Warszawie, gdzie od 2006 roku funkcjonuje dom dzielony przez osoby, którym bliska jest duchowość Indian z Ameryki Północnej i które współtworzą Fundację Orzeł Kondor Koliber.


Zdarza się też, że mieszkańców wspólnotowych domów kooperatywnych łączy przywiązanie do określonego sposobu odżywiania. Na przykład we wrocławskim domu Dwie Lampy nie je się produktów pochodzenia zwierzęcego. Mieszkańcy przygotowują wspólne wegańskie posiłki, a co pewien czas organizują otwarte wydarzenia związane z kuchnią wegańską, na przykład dzień wegańskiego pieroga czy wege gotowanie, w ramach którego uczą gotowania bez produktów zwierzęcych. Oprócz tego garaż Dwóch Lamp udostępniany jest inicjatywie Jedzenie Zamiast Bomb, stanowiąc tym samym przestrzeń do przygotowywania wegańskich posiłków, które rozdawane są później osobom biednym i bezdomnym. Oczywiście nie całe życie wspólnotowe związane jest z ideą weganizmu. Mieszkańcy organizują więc czasem wspólne wyjścia do kina lub teatru, a poza tym robią razem zakupy, które następnie rozliczają za pośrednictwem serwisu COHOTO. Jest to dla nich przydatne narzędzie, ponieważ z jednej strony pomaga w komunikacji wewnątrz grupy, a z drugiej ułatwia rozliczanie wspólnych wydatków. Warto podkreślić, że w Dwóch Lampach (podobnie jak we wszystkich znanych mi domach kooperatywnych) mieszkańcy zachowują prawo do własnych dochodów, a oprócz przedmiotów wspólnych istnieje też własność prywatna. Nie można więc przyrównać tego rodzaju wspólnoty do komuny.



Jak wygląda zarządzanie wspólnotowymi domami kooperatywnymi i innymi wspólnotami intencjonalnymi? W wielu wspólnotach (podobnie jak w sąsiedztwach intencjonalnych) nie istnieje hierarchia mieszkańców, a decyzje dotyczące kwestii organizacyjnych wypracowywane są drogą konsensusu lub, jeśli konsensus jest niemożliwy do osiągnięcia, zapadają przez demokratyczne głosowanie. Taką niehierarchiczną strukturę ma na przykład dom Dwie Lampy, w którym głos każdego mieszkańca liczy się tak samo. Nie zawsze jednak we wspólnotach intencjonalnych wszyscy mieszkańcy są równi. Zdarzają się wspólnoty, które mają formalnych liderów – zwykle osoby o najwyższym autorytecie w kwestiach stanowiących „ideologiczne spoiwo” danej grupy. Taki lider istnieje na przykład w domu Fundacji Orzeł Kondor Koliber. Jego mieszkańcy starają się podejmować decyzje drogą demokratycznego głosowania lub konsensusu, ale kiedy nie potrafią dojść do porozumienia, sporną kwestię rozstrzyga duchowy lider wspólnoty. Jak mówi mieszkająca tam Agnieszka Dziedzińska: „Jeżeli nie jesteśmy w stanie osiągnąć konsensusu, to lider podejmuje decyzję. Do niego należy ostatnie słowo”. Lider wspólnoty jest poza tym autorem regulaminu, który obowiązuje mieszkańców, a dotyczy kwestii organizacji życia we wspólnocie.  


Podsumowując, chcę jeszcze raz podkreślić, że nie każda forma życia w grupie to cohousing. Życie w grupie ma wiele odcieni, a poszczególne grupy różnią się założeniami, sposobem rekrutacji nowych członków, rodzajem wspólnie podejmowanych działań, a także kształtem zajmowanej przestrzeni. Zamieszczony poniżej graf można potraktować jako podsumowanie, a także jako zestaw pytań drogowskazów pomagających określić, z jakiego rodzaju grupą mamy w danym przypadku do czynienia.


Czy istnieje przestrzeń wspólna? Czy mieszkańcy chcą mieszkać w grupie?


Tak -> Mieszkanie w grupie


Czy mieszkańców łączy tylko chęć mieszkania w grupie czy również inne wartości, np. religia, sposób odżywiania, przywiązanie do określonego modelu edukacji?


Tylko chęć mieszkania w grupie – sąsiedztwo intencjonalne (intentional neighbourhood)


Jak wygląda przestrzeń prywatna danego mieszkańca lub rodziny?


Oddzielne mieszkania lub domy


Kto je wybudował?


Wybudowano je w inny sposób (nie całkiem oddolnie) – *quasi-cohousing

PRZYKŁAD: elementy cohousingu w blokach we Wrocławiu


Oddzielne pokoje – *sąsiedzki dom kooperatywny

PRZYKŁAD: Dolina Muminków w Falenicy


Chęć mieszkania w grupie + inne wartości – wspólnota intencjonalna (intentional community)


Jak wygląda przestrzeń prywatna danego mieszkańca lub rodziny?


Oddzielne mieszkania lub domy 

PRZYKŁADY: ekowioska Bhrugu Aranya, wspólnota skupiona wokół szkoły Montessori w Beskidzie Żywieckim


Oddzielne pokoje – *wspólnotowy dom kooperatywny/coliving

PRZYKŁADY: Duży Dom we Wrocławiu, dom Fundacji Orzeł Kondor Koliber w Warszawie, Dwie Lampy we Wrocławiu


Nie -> Mieszkanie obok siebie


CHCESZ DOWIEDZIEĆ SIĘ WIĘCEJ?


Polecamy następujące źródła informacji w języku polskim:


  1. Habitat StartUp Kit (bezpłatna publikacja dostępna pod adresem: http://www.fundacja.e-gap.pl/dokumenty/raporty/cohabitat_cohousing.pdf)

Artykuły dot. historii cohousingu na świecie, cech konstytutywnych cohousingu, warunków legislacyjnych i sposobów finansowania projektów w Polsce, procesu tworzenia grup typu cohousing. Do tekstów dołączone są adresy bibliograficzne przydatnych źródeł anglojęzycznych.


  1. Cohousing.pl 

Garść definicji plus forum służące do zawiązywania grup.


  1. Cohoto.net

Serwis przeznaczony dla osób żyjących w grupach. Pozwala sprawnie rozliczać wspólne wydatki, a oprócz tego ułatwia komunikację wewnątrz grupy oraz kontakt z innymi grupami. Na stronie internetowej można znaleźć mapę zarejestrowanych w serwisie grup oraz słownik podstawowych pojęć.


  1. Materiały z pierwszej polskiej konferencji poświęconej cohousingowi (dostępne na http://f-as.pl/grundtvig)

Wypowiedzi ekspertów z Polski i zagranicy dot. cohousingu, a w szczególności cohousingu senioralnego.


  1. Grupy i strony na Facebooku:

Cohousing Kraków; Cohousing Pomorze; Cohousing Grodzisk; Cohousing Warszawa; Ekowioski, Ekoosady, Alternatywne Społeczności


  1. Ekoosada.pl

Zbiór materiałów oraz forum poświęcone ekowioskom.


O autorce: 

Krystyna Szurmańska – autorka bloga Mieszkać Inaczej, na którym pisze o różnych nietradycyjnych formach zamieszkiwania: od cohousingu, przez mikrodomy, aż po earthshipy. Tłumaczka języka angielskiego, wolontariuszka Centrum Praw Kobiet.

Najnowsze i najpopularniejsze dawki wiedzy

Zamknij

Podaj tutaj swój adres email: