Blog


Domy z pieńków i polan, cz.1

autor: Jarosław Szewczyk / 18 Sierpień 2016

Tekst zawiera m.in. uaktualnione ustępy z książki Jarosława Szewczyka Budownictwo z polan opałowych.




Początki konstrukcji cordwood masonry


Od 1620 roku, kiedy to protestanccy uchodźcy religijni zwani purytanami przybyli na północno-wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (obecnie stan Massachusetts), okoliczne rozległe obszary leżące po obu stronach granicy z Kanadą (m.in. wzdłuż Krainy Wielkich Jezior) zaczęły być eksplorowane przez tysiące poszukiwaczy dostatku i przygód, traperów i łowców, a od XIX wieku także przez emigrantów zarobkowych. Migracjom towarzyszył ruch budowlany będący na tych terenach swoistym fenomenem: oto na ogromnym, niezurbanizowanym kontynencie, zamieszkanym przez plemiona koczujące w namiotach tipi, zaczęły powstawać tysiące naprędce stawianych domów i szałasów, budowanych przez przybyszów z Europy. Były one niszczone przez wojny i upływ czasu, porzucane, później znów odbudowywane; wznoszone najczęściej z drewna, ale też z innych – byleby łatwo dostępnych i pomysłowo zastosowanych – materiałów. 


Jednym z pionierów (jak nazywano europejskich osadników na dziewiczych terenach Ameryki Północnej) był David Wiliams (1818-1898), w prostej linii potomek protestanckiego duchownego Rogera Williamsa (1603-1683), założyciela kolonii Rhode Island, który zapisał się w historii Stanów Zjednoczonych także ‘nieortodoksyjnymi’ jak na pastora poglądami, był bowiem politycznym inicjatorem pierwszego pełnego rozdziału Kościoła i państwa. 


W latach czterdziestych XIX wieku David Williams porzucił farmę w hrabstwie Allegany w stanie Nowy Jork i wraz z krótkotrwałą falą żołnierskiej migracji osiadł na dziewiczych terenach dzisiejszego stanu Wisconsin (hrabstwo Walworth). W roku 1857  lub 1849 zbudował tam swój pierwszy stały dom. Piętrowy, lecz stosunkowo niewielki mieszkalny budynek Wiliamsa powstał na wzgórzu porośniętym, podobnie jak cała okolica, dębowym lasem. Jednak, co zastanawiające, osadnik nie sklecił go z desek ani nie zbudował w konstrukcji zrębowej. Pomimo obfitości wysokogatunkowego budulca zastosował inną, niezwykłą konstrukcję – wzniósł ściany z drobnych kawałków drewna, szczap, polan i krótkich okrąglaków, układając je niczym cegły we wzór wątku i spajając gliną z piaskiem i niewielkim dodatkiem wapna.



Uważa się, że był to pierwszy znany obiekt o tak specyficznej konstrukcji, jaki udało się odnaleźć w USA. Sam budynek imponował współczesnym pomimo niewielkich rozmiarów (24x30 stóp). Gliniana zaprawa czterech ścian spajała dwadzieścia tysięcy kawałków drewna, które w ścianach szczytowych ułożono prostopadle, a w ścianach wzdłużnych równolegle do powierzchni lica. Wszystkie drewniane kawałki były równej długości − 14 cali, dokładnie ucięte ręczną piłą. Według relacji osób pamiętających budowę, przez kilka pierwszych lat budynek przyciągał gapiów, najczęściej sąsiadów – współosadników z bliższych i z dalszych okolic − oraz wędrownych handlarzy zaciekawionych nietypową konstrukcją, która z początku była aż nazbyt dobrze widoczna. Kilka lat po wzniesieniu ścian Davidowi udało się pozyskać deski, którymi oszalował ściany, przybijając je wprost do wystających z muru kawałków drewna – dla ochrony przed deszczem, ale być może głównie po to, aby zakryć tę „dziwną” ścianę przed ciekawskim wzrokiem osób postronnych. Tym niemniej sława nietypowej technologii odbiła się w okolicy szerokim echem, wskutek czego powstały jeszcze co najmniej dwa obiekty o podobnej konstrukcji – dom koło miejscowości nazwanej nieco później Delavan oraz młyn zbożowy w Fontana.


Na przełomie XIX i XX wieku dom Williamsa wydawał się już zbyt mały i stary by służyć za mieszkanie. Zaczęto go wykorzystywać jako skład gospodarczy. Zapomniano też o jego niezwyklej konstrukcji, szczelnie ukrytej pod warstwą desek. Budynek przechodził w ręce kolejnych potomków, by w latach dwudziestych XX wieku stać się własnością L. D. Williamsa z pobliskiego Delavan, który wydzierżawił go F. D. Grantowi. Rodziną Williamsów (jako potomków sławnego antenata, wspomnianego już Rogera Williamsa) zainteresował się badacz historii Stanów Zjednoczonych, protestancki pastor Paul Burill Jenkins. Jego uwadze nie uszedł również nietypowy dom Davida Williamsa,  gdyż w tym czasie zaczęły odpadać deski szalunkowe, spod których przezierała zagadkowa faktura nietypowych ścian. W 1923 roku w czasopiśmie “Wisconsin Magazine of History” Jenkins opublikował artykuł A Stove-wood House, w którym zwięźle opisał historię i konstrukcję budynku, ilustrując ją kilkoma fotografiami.


Artykuł Jenkinsa jest pierwszym pełnym, opatrzonym fotografiami opisem domu „wymurowanego” z drobnych polan; jest też pierwszym opisem opublikowanym w czasopiśmie naukowym i pierwszym, którego autor docenił tę konstrukcję i postulował objęcie jej ochroną dla przyszłych pokoleń. Opisywany budynek, choć już nieistniejący, do dziś dzierży palmę pierwszeństwa najstarszego obiektu o ścianach z polan wzniesionego na kontynencie amerykańskim.




Nieamerykańska konstrukcja, która podbiła Amerykę


Artykuł Paula Jenkinsa wzbudził zrozumiałe zaciekawienie budownictwem z polan, choć nie od razu. Przez cztery dekady uczeni ignorowali ów temat; dopiero w 1963 roku historyk architektury Richard W.E. Perrin nawiązał do artykułu Jenkinsa oraz opublikował rezultaty własnych, rozpoczętych na początku lat 50-tych XX wieku, poszukiwań „domów z polan” w artykule Wisconsin's 'Stovewood' Walls: Ingenious Forms of Early Log Construction zamieszczając go chyba nieprzypadkowo w “Wisconsin Magazine of History”- tym samym czasopiśmie, w którym ukazał się ongiś tekst Jenkinsa. Perrin nie zamierzał jednak kierować uwagi na unikalność nietypowej konstrukcji; przeciwnie – wykazał, iż budownictwo z polan wbrew pozorom nie było ani tak rzadkie, ani też tak nietypowe, jak mogłoby się wydawać.


Richard Perrin powołał się na niemiecko-amerykańską pisarkę Sibyl Moholy-Nagy, autorkę świeżo wówczas wydanej książki Native Genius in Anonymous Architecture. W owej książce znalazła się wzmianka, że już w XIX wieku kanadyjscy drwale budowali domy o ścianach z polan. Jak się okazało, były one wówczas dość powszechne: wznoszono je na rozległych dziewiczych obszarach Kanady,  zwłaszcza Quebecu, a także w okolicach Ottawy i w kanadyjskim stanie Ontario. Przeważnie miały tymczasowy charakter; nieraz klecono naprędce całe zespoły takich domów-szałasów o grubych ścianach, zdolnych utrzymać ciepło podczas mroźnej kanadyjskiej zimy. Moholy-Nagy uważała je jednak za lokalny ewenement, pisząc, iż „kanadyjski drwal prawdopodobnie jest jedynym na świecie budowniczym, który potrafi zbudować dom z bierwion układanych nie poziomo lub pionowo wzdłuż ściany, lecz przeciwnie, prostopadle – ścinając drzewo szatkuje je niczym bolońskie parówki, po czym kawałki długości 8-10 cali układa na grubej warstwie gliny lub gipsu, uzyskując masywną ścianę”. Niestety, jak zauważyła sama autorka, a za nią powtórzył Richard Perrin, twórcy tej metody „tworzyli historię, lecz jej nie opisywali”, tzn. nigdy nie utrwalili na piśmie żadnych informacji o pochodzeniu tej konstrukcji ani o jej pierwotnym sposobie wykonania. Z czasem owa wiedza zaginęła i już w czasach Perrina, to jest w połowie XX wieku, mogła być już tylko przedmiotem domysłów. I od połowy XX wieku takie domysły, dotyczące pochodzenia tej konstrukcji, zaczęły się pojawiać jak grzyby po deszczu w amerykańskiej prasie popularnej i naukowej.


Sam zaś Richard Perrin kontynuował rozpoczęte poszukiwania budownictwa z polan przez co najmniej dwadzieścia lat. Najwięcej budynków z polan (reprezentujących różne warianty tej konstrukcji) znalazł w stanie Wisconsin, wiele innych także w stanie Michigan. Jeden z najciekawszych zachował się w miejscowości Lennox w hrabstwie Oneida: był to dawny dwukondygnacyjny zajazd, użytkowany później jako dom jednorodzinny. Wzniesiono go na przełomie wieków (prawdopodobnie w roku 1899), w czasie prosperity pobliskich licznych tartaków. Budowniczym był nieznany bliżej Ed Wolfgram, lecz pomysłodawcami i inwestorami – dwaj emigranci z Poznania, bracia John i Lawrence Mecikalski. Ściany tego dość dużego jak na wiejskie warunki budynku miały 45 cm (18 cali) grubości i wykonane były z drewna jałowca wirginijskiego Juniperus virginiana, ale nie rąbanego, lecz układanego z bardzo krótkich okrąglaków o zróżnicowanej średnicy, czasami niemal tak dużej, jak ich długość, to jest wynoszącej około 40 cm. Przednią i tylną ścianę szczytową oszalowano, natomiast ściany boczne prawdopodobnie nigdy nie zostały niczym zabezpieczone i epatowały czernią zbutwiałych kawałków drewna wystających z białej zaprawy. Charakterystyczną cechą tego budynku (oraz obiektów wspomnianych wcześniej) było zastosowanie zaprawy wapiennej lub gliniano-wapiennej do spojenia polan, przez co ściany z poczerniałymi polanami wystającymi z lśniącej w słońcu białej zaprawy w wyjątkowy sposób wyróżniały się w krajobrazie.


Fundacja Kohlera, po dziś dzień zaangażowana w ochronę owego budownictwa, stoi dziś na stanowisku, iż „wzniesiony z drewna opałowego dom Mecikalskich ma istotne znaczenie jako narodowa pamiątka i jako element dziedzictwa kulturowego stanu Wisconsin, a także dlatego, iż jego konstrukcja świadczy o jednej z ludowych tradycji budowlanych charakterystycznych dla pierwszych tutejszych osadników pochodzenia niemieckiego i polskiego. Nie ma natomiast dowodów, aby te grupy etniczne stosowały tę konstrukcję w Europie”.



Cordwood masonry a sprawa polska

Czy rzeczywiście brak takich dowodów? W amerykańskim stanie Wisconsin nawet dziś 10% ludności stanowi Polonia, a niektóre miasteczka noszą swojsko brzmiące nazwy: Krakow, Pulaski itp. Również liczne budynki z drewna opałowego wznosili tam polscy emigranci. Niektóre z nich nadal istnieją. Na przykład w 1884 roku polski emigrant Franz (Franciszek?) Stefaniak zbudował dla swoich krewnych Augusta i Barbary Kruzów niewielki – na rzucie 5x10 m – dom mieszkalny z pomieszczeniami dla zwierząt, zlokalizowany w okolicach miejscowości Shawano. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku należał do Charlesa Laseckiego, który później przekazał go jako zabytek Stanowemu Towarzystwu Historycznemu stanu Wisconsin. Budynek został przeniesiony do Eagle (około pięćdziesiąt kilometrów na zachód od Milwaukee) i jest obecnie częścią muzeum – parku skansenowskiego Old World Wisconsin.


Niektóre północnoamerykańskie budynki o ścianach mających konstrukcję cordwood masonry, a przynajmniej część z tych w stanie Wisconsin, można by więc określić jako przykłady polsko-amerykańskiego, a może nawet genetycznie polskiego dziedzictwa architektonicznego. Sęk w tym, że po długotrwałych poszukiwaniach wspomniany już Richard Perrin uzyskał od polskich uczonych informację, iż „ten rodzaj konstrukcji jest w Polsce nieznany”. I to właśnie ta opinia utrwaliła się w świecie nauki. Jak się jeszcze dowiemy – niesłusznie.




Špalíčková stavba w Czechach


Od dawna północnoamerykańscy uczeni tacy jak Richard W.E. Perrin oraz William H. Tishler zauważali, iż zaskakująco wiele spośród najstarszych budynków, mających konstrukcję cordwood masonry zostało wzniesionych przez emigrantów z Polski lub pogranicza polsko-niemieckiego. Prowadzone przez nich ówczesne poszukiwania śladów takich budynków w Polsce wprawdzie zawiodły, ale wskazały inny ciekawy trop: Czechy.


Tymczasem w samych Czechach (a właściwie w Czechosłowacji) badania budownictwa z drewna opałowego rozpoczęto równie dawno, jak w USA, tylko że z uwagi na bariery językowe i polityczne ich wyniki nie były Amerykanom znane. Otóż w latach 1963 i 1964 etnografowie Jaroslav Šťastný i Jarmila Št'astná, będący pracownikami naukowymi ÚEF ČSAV w Pradze, przeprowadzili badania terenowe nad czeskim budownictwem ludowym w rejonie Karkonoszy i Gór Orlickich. Podczas badań zarejestrowali kilkadziesiąt obiektów mających ściany wymurowane z krótkich pieńków i polan: po pierwsze, w czeskich Karkonoszach w okolicach miasteczka Jilemnice (we wsiach Benecko, Martinice, Horní Branná, Horní Štěpanice i Dolní Štěpanice – w linii prostej 50 km na zachód od Wałbrzycha) oraz, po drugie, w okolicach miejscowości Náchod (na zachód od Kotliny Kłodzkiej i 4 km na zachód od polskiego miasta Kudowa Zdrój). W 1967 roku Jaroslav Šťastný i Jarmila Št'astná opublikowali w czasopiśmie Český lid obszerny opis kilkudziesięciu napotkanych przykładów tej konstrukcji, nazywanej tam krčkové konstrukce (krčkové chalupy, stavba z “krčku”) lub špalíčková stavba (špalíčková stavební technika).



Dzięki tym badaniom mamy dziś dość dokładne informacje na temat czasu i okoliczności powstania niektórych tamtejszych budynków o ścianach z polan, to jest mówiąc po staroczesku: z krčků. Na przykład gdy w 1874 roku pożar strawił 87 budynków we wsi Borová koło Náchodu (to jest dwie trzecie całej zabudowy tej wsi), kilka lub kilkanaście obiektów odbudowano właśnie w konstrukcji ryglowo-polanowej. Inne krčkové chalupy w tejże wsi zbudowano jeszcze wcześniej, to znaczy przed wspomnianym pożarem, a niektóre z nich wcale nie były małe – obecny właściciel takiego niemałego, zachowanego do dziś domu nr 72 datuje jego powstanie na rok 1868, zaś dawna właścicielka domu nr 50 określała jego powstanie na rok 1866. Ponadto pewne budynki, w których zastosowano tę konstrukcję, to obiekty niebagatelne zarówno co do wielkości (więc i kosztu, na przykład miejska kamienica przyrynkowa w Novým Hrádku), jak i funkcji: Jaroslav Šťastný i Jarmila Št'astná wzmiankują między innymi o dawnych gospodach – czyli budynkach użyteczności publicznej – które wzniesiono prawdopodobnie jeszcze w I połowie XIX wieku we wsiach Víchová i Vilímov, i które dawniej miały ściany właśnie z drewnianych polanek (później zostały one zburzone i odbudowane z tradycyjnych materiałów, ale zachowały swą wcześniejszą potoczną nazwę: krčkovny, zdradzającą ich pierwotną konstrukcję). Mamy też informacje o dawnej gajówce z krčků w Roprachticach (nr 2) i o niezachowanym już budynku straży pożarnej w Novým Hrádku – a w sumie o: gajówce, strażnicy pożarnej, dwóch gospodach, miejskiej kamienicy oraz o kilkudziesięciu budynkach mieszkalnych mających ściany z drewna opałowego i wzniesionych w II połowie XIX wieku. Wszystkie te budynki Jaroslav Šťastný i Jarmila Št'astná zarejestrowali na dwóch niewielkich obszarach, każdy o wielkości odpowiadającej mniej więcej obszarowi przeciętnej polskiej gminy i oddalonych od siebie o około setkę kilometrów, wzmiankując jednak, iż − według wypowiedzi informatorów − w obu regionach krčkové chalupy dawniej spotykano znacznie częściej – można zatem domniemywać, iż zapewne nie tylko obficiej występowały, ale i na daleko większym obszarze, zaś pierwsze z nich zapewne zaistniały tam wcześniej, w pierwszej połowie XIX wieku.

Powróćmy jednak jeszcze raz do polskiego wątku, podniesionego, a potem odrzuconego przez północnoamerykańskich uczonych, mianowicie − czy takie obiekty występowały również w Polsce, a jeżeli tak, to czy były one pierwowzorami, czy też kopiami budynków w USA i Kanadzie.


Analogiczne pytania stawiali wspomniani czescy uczeni. W 1967 roku Jaroslav Šťastný i Jarmila Št'astná pisali: „Obecny stan badań nie pozwala na wiarygodną ocenę genezy ani rozpowszechnienia budownictwa z polan, nie posiadamy bowiem dostatecznego materiału porównawczego ani z naszych ziem, ani z obszarów sąsiedniej Polski, gdzie najwyraźniej występowały podobne budynki. W celu zbadania tych zagadnień trzeba by było najpierw przeprowadzić odpowiednio ukierunkowane badania, gdyż liczne budynki o tej konstrukcji wciąż pozostają nierozpoznane, zaś sama konstrukcja ukryta pod tynkiem”.



Polskie zagłębie cordwood masonry


W 2003 roku autor niniejszego artykułu natknął się na stary dom mający tę konstrukcję w północno-wschodniej części naszego kraju, na Podlasiu – mianowicie w centrum Białegostoku. Okazało się, że ów budynek pochodzi z 1926 roku. Mało tego: z czasem w Białymstoku znaleziono aż 17 podobnych obiektów (większość z nich wciąż istnieje). Zaś do 2010 roku autor uzyskał informacje o 262 domach mających konstrukcję cordwood masonry, pochodzących z lat 1920-1965, istniejących obecnie lub do niedawna na Podlasiu i przyległych obszarach. W związku z tym nie tylko okazało się, że Polska nie jest pozbawiona budynków o tej ciekawej konstrukcji, lecz przeciwnie – podlaski obszar występowania budownictwa z polan opałowych niespodziewanie okazał się największym skupiskiem tego typu obiektów na świecie.


Te 262 obiekty zostały skatalogowane i opisane w książce Budownictwo z polan opałowych (cordwood masonry albo stackwall), która później spełniła rolę rozprawy habilitacyjnej autora, będącego pracownikiem naukowym Wydziału Architektury na Politechnice Białostockiej. Już po jej wydaniu przyjaciele i studenci dostarczali kolejne informacje o nowo „odkrytych” budynkach mających tę konstrukcję, tak iż liczba znanych polskich obiektów obecnie przekroczyła 300: na przykład w samej tylko niewielkiej podbiałostockiej wsi Uhowo Martyna Kusznerko odkryła kolejnych 12 domów mających tę konstrukcję ukrytą pod warstwą tynku (domy te stoją po dziś dzień).


Porównajmy: najstarsze północnoamerykańskie i czeskie budynki z polan opałowych pochodzą z około połowy XIX wieku, ale te już nie istnieją, zaś spośród około siedemdziesięciu nieco nowszych budynków tego typu w północnoamerykańskim stanie Wisconsin przetrwało do naszych czasów zaledwie kilkanaście; spośród około trzydziestu w stanie Michigan – kilka, a w całych Czechach po dziś dzień ostało się nie więcej niż dziesięć takich obiektów. A w Polsce? Na Podlasiu spośród 300 odnalezionych polanowych domów wciąż jeszcze istnieje dwie trzecie z nich, to jest około 200.




Ochrona polanowych domów


Powróćmy do USA, gdzie domy mające ściany z polan opałowych nie tylko są badane przez uczonych, lecz otaczane ochroną jako cenny element północnoamerykańskiego dziedzictwa. Na przykład w Webster House Historical Museum w Elkhorn w stanie Wisconsin przechowywany jest spory kawałek ściany pochodzący z najstarszego, lecz dziś już nieistniejącego budynku o omawianej tu konstrukcji, to znaczy z domu Davida Williamsa, wzniesionego w połowie XIX wieku. Dom wprawdzie zburzono w 1950 roku, ale część ściany udało się zachować. Jest ona więc pod ochroną muzealną. W tym przypadku działaniom konserwatorskim patronowało Towarzystwo Historyczne Hrabstwa Wallworth. Z inicjatywą ochrony wystąpił ówczesny prezes Towarzystwa, Georges van Biesbroeck (nawiasem mówiąc, znany astronom z Obserwatorium Yerkes).


Pochodzący z 1899 roku dom i zajazd Jana i Wawrzyńca Mecikalskich w Jennings w stanie Wisconsin odrestaurowano w latach 1985-1987 z inicjatywy wzmiankowanego już wcześniej badacza, Williama H. Tishlera, a wcześniej (również z jego inicjatywy) wpisano do stanowego rejestru zabytków (Wisconsin State Historic Register), ostatecznie zaś do Narodowego Rejestru Zabytków USA (National Register of Historic Places). Wspomniane działania konserwatorskie współfinansowała Fundacja Kohlera, a w poznaniu pochodzenia oraz konstrukcji budynku pomogły materiały zebrane i opublikowane w 1955 roku przez Clarę Mecikalski Kulinski (krewną budowniczych) jak też badania zrealizowane w późniejszych latach przez Donnę M. Gager pod kierunkiem Williama H. Tishlera.


Dawny dom Augusta i Barbary Kruzów, zbudowany w 1884 roku przez Franciszka Stefaniaka w okolicach Shawano, również mający konstrukcję typu cordwood masonry, został w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przekazany Stanowemu Towarzystwu Historycznemu stanu Wisconsin, a następnie przeniesiony do założonego w 1976 roku dużego parku skansenowskiego Old World Wisconsin z siedzibą w Eagle (między Milwaukee a Madison w stanie Wisconsin).


Spośród ośmiu dawnych pensjonatów o ścianach z polan opałowych w dawnym ośrodku Edgewater Beach Resort w Lake Detroit w stanie Minnesota dwa zachowały się we względnie niezmienionym stanie i w 1989 roku również zostały wpisane do Narodowego Rejestru Zabytków USA. Do tegoż rejestru (National Register of Historic Places) wpisano także dawny tak zwany dom Norrisa Millera w pobliżu Decorah w stanie Iowa, który odrestaurowano na początku lat osiemdziesiątych XX wieku. W tym ostatnim przypadku prace renowacyjne i procedurę wpisu do rejestru zabytków przeprowadzono pod auspicjami Norwesko-Amerykańskiego Muzeum Vesterheim w Decorah (Norwegian American Museum of Decorah).



Jeśli zaś chodzi o samą Norwegię, to dopiero ostatnio „odkryto” tamtejsze dawne, rodzime budownictwo z polan opałowych, zwane tam kubbehus. Otóż w latach 1998-2004 kilka instytucji podjęło wspólne poszukiwania nieznanych dotąd tradycyjnych rozwiązań architektonicznych. Badania finansowano ze środków Norweskiego Funduszu Kultury (Norsk kulturfond), zaś zaangażowane instytucje to muzea, mianowicie Norweskie Muzeum Rolnictwa (Norsk Landbruksmuseum), Follo Museum w Akershus, Fredrikstad Museum w Østfold i Trøndelag Folkemuseum w regionie Sør-Trøndelag, a także jedyna w tym zespole instytucja niemająca charakteru muzealnego, mianowicie Norweska Akademia Rolnicza (Norges landbrukshøgskole). Co ciekawe, zainteresowanie norweskich instytucji muzealnych i uniwersyteckich tradycyjnym budownictwem z drewna opałowego i towarzysząca temu zainteresowaniu akcja popularyzatorska zaowocowała nowymi budynkami, wznoszonymi współcześnie w Norwegii i posiadającymi ściany z drewna opałowego. Przykładem jest budynek w Toftemo koło Dovre w środkowej Norwegii (200 km na południe od Trondheim), wzniesiony w 2009 roku. Ten niewielki obiekt na rzucie prostokąta o wymiarach 4,5x5,5 m posiada ściany z krótkich (35 cm), dość grubych (ok. 25 cm) pieńków, układanych w rzędach (każdy rząd zwieńczono cienkimi deskami przekładkowymi o szerokości równej szerokości ściany) i spajanych zaprawą cementowo-wapienną. Jest nakryty dachem o konstrukcji slegowej, w którym slegi mają dokładnie taki sam przekrój, jak pieńki w ścianach.


Również czeskie budynki z polan opałowych otoczone są – przynajmniej teoretycznie – ochroną. Jednym z przykładów takiej ochrony była decyzja z 1995 roku o objęciu ochroną konserwatorską wsi Horní Štěpanice, w której znajdowało się wówczas kilka budynków mieszkalnych o ścianach z polan, między innymi dawna szkoła (dziś dom mieszkalny). Szkołą ta pierwotnie miała konstrukcję zrębową, ale na początku XX wieku wymieniono zewnętrzne ściany na szkieletowe z wypełnieniem z polan spajanych zaprawą trocinowo-wapienną. Później zmieniono sposób użytkowania tego budynku na mieszkalny i jako taki funkcjonuje on po dziś dzień. Aktualnie zaś wieś Horní Štěpanice pozostaje (zgodnie z czeską nomenklaturą) rezerwatem architektonicznym, zaś lokalne publikacje krajoznawczo-przewodnikowe informują o znajdujących się w niej dawniej i dziś obiektach mających ściany z polan, aczkolwiek autorowi udało się w 2010 roku znaleźć tylko jeden taki obiekt, mianowicie właśnie wspomnianą dawną szkołę (współcześnie figuruje ona jako dom nr 3).


Niestety, obecnie w Czechach krčková stavba praktycznie zanikła, choć – poniewczasie – staje się doceniana i okazuje się skutecznym turystycznym wabikiem, a nawet marketingowym znakiem kilku regionów turystycznych, mianowicie Jilemnicka (tj. okolic miasta Jilemnice) oraz Náchodska (okolic miasta Náchod), będąc odnotowywana w dziesiątkach folderów krajoznawczych i przewodników turystycznych. W owych folderach z reguły sugeruje się, iż budownictwo z drewna opałowego wciąż pozostaje charakterystycznym, łatwo dostrzegalnym elementem i wartością lokalnego krajobrazu, oraz pisze się o „grupie budynków o oryginalnej konstrukcji”, tymczasem w rzeczywistości na całym pogórzu Karkonoszy turysta może dostrzec jeden, a w Górach Orlickich zaledwie trzy takie obiekty! Północne Czechy, uważane za zagłębie budownictwa z krčků (i faktycznie dawniej nim będące), współcześnie stały się regionem niemal zupełnie pozbawionym owej konstrukcji.


A u nas? Żaden z dwustu zachowanych jeszcze polanowych domów nie został poddany ochronie konserwatorskiej z uwagi na swą konstrukcję. Żadnego nie przeniesiono do muzeum skansenowego ani nie udostępniono do zwiedzania na prawach terenowej placówki muzealnej. Żaden region, gmina ani miejscowość nie szczyci się domami o niezwykłej konstrukcji cordwood masonry.



Polskie publikacje o ścianach z polan opałowych


Przypomnijmy jeszcze raz, iż najstarszy północnoamerykański opis konstrukcji cordwood masonry zawarto w artykule Paula Jenkinsa A Stove-wood House, opublikowanym w 1923 roku w czasopiśmie „Wisconsin Magazine of History”. W Czechach początek badań tej konstrukcji datuje się na lata sześćdziesiąte XX wieku, a w Norwegii i sąsiedniej Szwecji podjęto je zaledwie kilka lat temu.


Na tym tle Czytelnika zapewne zaskoczy informacja, że – choć w naszym kraju zupełnie już zapomniano o rodzimych budynkach z polan opałowych – odnośne piśmiennictwo poświęcone temu tematowi nie tylko istnieje, lecz liczy niemal dwa stulecia, bo pierwsza wzmianka pochodzi z 1821 roku. A przede wszystkim jest to POLSKIE piśmiennictwo. Otóż właśnie w 1821 roku anonimowy publicysta  zamieścił na łamach polskojęzycznego „Dziennika Wileńskiego” artykuł zatytułowany Budowanie wieyskie z gliny surowey z wrzosem, opisujący glinobitkę (ścianę ubijaną z warstw gliny), w której poszczególne warstwy przekładano wrzosem. Nie byłoby to może dziś dla nas interesujące, gdyby nie fakt, że nieco późniejszy opis tej samej metody, zawarty w wydanej w 1834 roku książce Sposób stawiania budowli gospodarskich z wrzosu i gliny, i pokrycia onych dachem niepalnym, autorstwa Kajetana Krassowskiego, jest bardzo bliski technice cordwood masonry, bo Krassowski radził w razie braku wrzosu przekładać warstwy gliny chrustem lub pociętymi gałęziami, a nawet zwykłym drewnem opałowym. Otrzymywano w ten sposób ściany niemal identyczne jak cordwood masonry, tyle tylko, że polana opałowe układano w nich pod kątem 45 stopni względem osi ściany. Co ciekawe, Kajetan Krassowski pisał: „sposób ten budowania od niemałego już czasu jest używany, ile mi wiadomo, w Inflantach, Kurlandii, Litwie i na Białej Rusi, gdzie w wielu miejscach podobne budowy widzieć się dają”


Jednak prawdziwie epokową publikacją okazała się książka autorstwa Mikołaja Niewierowicza, polskiego ziemianina  z okolic miasteczka Soły w ówczesnym powiecie oszmiańskim niedaleko Wilna (obecnie na Białorusi). Niewierowicz udoskonalił tę metodę budowania jeszcze w XIX wieku, a następnie nadal udoskonalał i niestrudzenie upowszechniał ją przez około 35 lat. Już w 1900 roku zgłosił udoskonalony przez siebie rodzaj konstrukcji cordwood masonry na konkurs organizowany przez Wileńskie Towarzystwo Rolnicze, które zresztą nagrodziło go wyróżnieniem. Na posiedzeniu Towarzystwa (także w 1900 roku) wygłosił referat poświęcony budownictwu ogniotrwałemu z gliny przekładanej drewnem opałowym. Wileńskie Towarzystwo Rolnicze wydało ów referat drukiem, a w kolejnych latach trzykrotnie wznawiało wydanie broszury w obowiązującym na terenie Cesarstwa języku urzędowym, czyli rosyjskim. W roku 1930 broszurę postanowiono wydać ponownie, tym razem w języku polskim. Z nieznanych nam przyczyn (być może z powodu bardzo podeszłego wieku) żyjący jeszcze wówczas Mikołaj Niewierowicz nie był w stanie napisać polskiej wersji językowej, toteż przetłumaczenie wersji rosyjskojęzycznej na język polski zlecono przyjacielowi, współpracownikowi i byłemu klientowi Niewierowicza, inżynierowi Władysławowi Reychmanowi. Tymczasem grono pasjonatów tej metody budowlanej – tylko pozornie niezwykłej, jak na polskie warunki – stało się już dość spore i ciągle rosło, co zresztą było naturalną konsekwencją społecznej wrażliwości na potrzeby odbudowy kraju zdewastowanego po działaniach wojennych okresu 1914-1918 (i w mniejszym stopniu 1919-1920) oraz wynikało ze specyficznej sytuacji gospodarczej podczas Wielkiego Kryzysu z lat 1929-1933. Dlatego polskojęzyczną edycję książki Niewierowicza sfinansowano z funduszy publicznych. Nosiła ona tytuł: Poradnik wiejskiego budownictwa ogniotrwałego z gliny i drzewa lub betonu i drzewa.


Konstrukcję Niewierowicza (jak ją zaczęto nazywać) zaczęli na Wileńszczyźnie propagować polscy działacze i politycy, tacy jak Teofil Szopa, który po tak zwanym buncie Żeligowskiego został w Wilnie mianowany Dyrektorem Departamentu Przemysłu i Handlu w randze ministra w Tymczasowej Komisji Rządzącej Litwy Środkowej i − choć pochodził spod Olkusza – przez większą część swego życia był związany z Wileńszczyzną, gdzie też założył (jako absolwent petersburskiego Instytutu Technologiczno–Budowlanego) własne biuro budowlane. Innym pasjonatem konstrukcji Niewierowicza (czyli właśnie polskiej odmiany cordwood masonry) był nie kto inny, jak sam generał Lucjan Żeligowski, co koreluje z faktem, że powołanym przez Żeligowskiego po zajęciu przez niego Wilna w 1920 roku przedstawicielem Tymczasowej Komisji Rządzącej do spraw Straży Kresowej był wspomniany już Teofil Szopa.


Teofil Szopa nieco wcześniej, bo w 1917 roku opublikował na łamach „Kalendarza Ostrobramskiego” artykuł, w którym tak oto opisywał sposób wznoszenia ścian z polan opałowych oraz sens ich stosowania w ówczesnych warunkach: „Stosowanie w naszych warunkach klimatycznych ścian ubijanych z gliny, jak to ma miejsce na przykład w Kaliskiem, nie może być zalecane, gdyż ubita na surowo glina nie wysycha głębiej niż na 3 cale i ściany takie zawsze wilgoć trzymają; z tych samych powodów nie może być zalecany u nas sposób stosowany na Podolu i Ukrainie – lepianek z gliny z wewnętrznym rdzeniem koszowym, plecionym z łozy lub wikliny. Doskonałym natomiast jest sposób budowania z chrustu i gliny. Kraj nasz obfituje w glinę i odpadki drzewne wszelkiego rodzaju. Glina do takiej budowy nie powinna zawierać zbyt wiele piasku, powinna być nakopana przed zimą i dobrze wymrożona. Glinę trzeba dobrze wygnieść nogami ludzi lub koni i przygotować tak samo jak się to robi przy wyrobie cegły. 


Chrust również przygotowuje się zawczasu w zimie, aby mógł przeschnąć; chrust używa się wszelkiego rodzaju; gałęzie, łoza, leszczyna, olszniaki, obrzynki desek itp.; zamiast chrustu może być użyta trzcina lub słoma. Chrust tnie się na pręty długości 1 arszyna 6 wierszków (grubość ściany 1 arszyn) i układa się w sążnie. Budowę należy rozpoczynać na wiosnę, aby budynek w czasie lata mógł przeschnąć należycie. Budowa z gliny i chrustu zabiera wiele czasu, wymaga staranności i akuratności w robocie, jednakże robocizna nie wypadnie zbyt drogo, gdyż prosty wiejski cieśla umiejący obchodzić się z wagą wodną i pionem, potrafi doskonale całą robotą pokierować. Po wzniesieniu fundamentu i ułożeniu warstwy izolacyjnej ustawia się po rogach budynku i w kilku miejscach pośrodku ścian pionowe żerdki lub listwy, za które zakłada się 1½-calowe deski, tworzące formę do układania ściany. Deski te utrzymuje się w położeniu pionowym za pomocą rozpórek naciskających deski do żerdek. W miarę kładzenia ściany (układania na ukos chrustu i zarzucania go gliną) deski podnosi się do góry i umocowuje za pomocą rozpórek w ten sposób, że dolne kanty desek nie schodzą ze ściany poprzednio wykonanej. Razem z deskami podnosi się umocowane do rozpórek szablony kanałów pionowych w ścianach budynku. System kanałów wewnątrz ścian łączących się z kominem pozwala nawet w wilgotnym klimacie na wyschnięcie ścian w przeciągu 2 do 3 miesięcy i chata wybudowana na wiosnę, na jesieni już może być zamieszkaną bez obawy o wilgoć.


Ściany po wyschnięciu mają powierzchnię chropowatą z wystającymi końcami chrustu, jakby umyślnie przygotowaną do wyprawy. Ściany od zewnątrz są wyprawiane wapnem, od wewnątrz starannie zatarte gliną i wybielone. Grubość ściany powinna być około 1 arszyna, przy czym na wschodzie kraju, gdzie zimy są sroższe, należy dawać więcej chrustu, tak że glina wypełnia tylko przestrzenie pomiędzy prętami, w ścianie przeważa chrust, zaś na zachodzie, gdzie klimat jest znacznie łagodniejszy, chrust może być dany rzadziej albo zastąpiony przez słomę i trzcinę. Chrust wówczas staje się materiałem pomocniczym, wiążącym ścianę i zabezpieczającym ją od pęknięć przy osiadaniu. Jeżeli jeszcze wzmocnić za pomocą szkarp naroża budynku, wówczas otrzymuje się budowla pod względem wytrzymałości i trwałości nie ustępująca niczym budowli z cegły, a pod względem małego przewodnictwa ciepła i odporności na wpływy powietrza nawet przewyższająca budynki wznoszone z cegły. Chrust w ścianach wyprawionych nie ulega gniciu, ściany takie nie ulegają zwietrzeniu ani murszeniu, są ogniotrwałe i mogą stać setki lat. Ściany budynków gospodarczych, jak chlewy, spichrze itp. mogą być cieńsze – ¾ arszyna, wewnątrz na wysokość 2 arszynów wyprawione zaprawą półcementową dla zabezpieczenia od zniszczenia przez gnojówkę. Do budynków gospodarczych można jednakże z powodzeniem zastosować następny sposób, łatwiejszy i mniej marudny w robocie niż sposób budowania z chrustu i gliny, mianowicie ściany z surówki”.



Podsumowując: w „Kalendarzu Ostrobramskim” opisano dobrze rozwinięty i wcześniej sprawdzony typ konstrukcji oraz uwzględniono różnorodne aspekty, nie tylko konstrukcyjne, ale też fizykotermiczne, takie jak izolacyjność (zależna od grubości ściany, konstrukcji kanałów powietrznych i procentowego udziału drewna w masie ściany) i szybkość wysychania, a nawet przewidziano ogrzewanie ścienne za pomocą systemu pionowych kanałów. Uwzględniono problemy nośności, występujące w budynkach o ścianach glinobitych. Przewidziano dość grube ściany: Szopa zalecał ich grubość równą arszynowi, co odpowiadało około 71 centymetrom. Przed pękaniem ścian chroniło ich ukośne zbrojenie chrustem oraz  narożne przypory (te bowiem wzmacniały naroża mające tendencję do wykruszania się). Skutecznie rozwiązano nawet odwieczny problem towarzyszący tynkowaniu glinianych ścian, polegający na odspajaniu się sztywniejszej warstwy zewnętrznego tynku od masy muru pod wpływem dość znacznych ruchów spowodowanych okresowymi zmianami temperatury i wilgotności gliny.


Pamiętajmy też, iż „Kalendarz” ukazał się w okresie szybkiego rozwoju rzemiosła zduńskiego i popularyzacji nowoczesnych (jak na owe czasy) pieców z tzw. ścianówkami, czyli ściankami grzejnymi wyposażonymi w system pionowych kanałów dymowych. Konstrukcyjne powinowactwo ścian z gliny według metody Szopy-Niewierowicza ze ścianówkami pieców ceglanych i kaflowych prawdopodobnie nie jest przypadkowe i świadczy, iż ową metodę znano, sprawdzono i stosowano jeszcze przed I wojną światową, a być może na obszarach Wileńszczyzny rozwinięto równolegle z rozwojem techniki zduńskiej, to jest w II połowie XIX wieku. Wileńszczyzna zatem zdaje się być ojczyzną konstrukcji cordwood masonry, a jej tamtejsze wytwory (jak też te na niezbyt odległej Białostocczyźnie) imponują konstrukcyjno-materiałową finezją.



Cordwood masonry dziś

W USA pasjonaci polanowych ścian pielgrzymują do ostatnich spośród dawnych cordwoodowych domów, ale zarazem od lat siedemdziesiątych wznoszą nowe, przywracając wiedzę o tej niezwykłej konstrukcji. W Czechach nowe budynki z polan znów wznoszą potomkowie (prawnukowie) tych, którzy w XIX i na początku XX murowali krčkové chalupy. U nas powrót do tej techniki zainicjowali przed ponad dekadą Paulina Wojciechowska i Jarema Dubiel, a kontynuują młodzi pasjonaci ekobudownictwa. Tyle tylko, że wznosząc takie budynki współcześnie, zwykle opieramy się dziś na dość jeszcze skąpym piśmiennictwie północnoamerykańskim, internetowych tutorialach i anegdotycznych przekazach. 


Tymczasem istnieje obszerna dawna wiedza o specyfice budowania z polan, o jego licznych zaletach (i niestety też wadach) oraz różnorakich rozwiązaniach, odmianach i wariantach tej konstrukcji. Ta wiedza jest już obca nie tylko publice, lecz nawet specjalistom, tymczasem jest ona teoretycznie nadal dostępna, tyle że rozsiana po rozmaitych źródłach, nie wyłączając tych najcenniejszych, a paradoksalnie nam najbliższych, bo polskich. W drugiej części tego artykułu przedstawimy jej zarys, to jest zręby praktycznych informacji o cordwood masonry, w tym o jej odmianach północnoamerykańskich, czeskich i polskich.




ROZMOWA

Rozmawiam z Mateuszem Szwagierczakiem (organica.net.pl), twórcą najładniejszego cordwoodowego budynku w Polsce, a może i za granicą. 

Więcej:

http://inhabitat.com/green-roofed-natural-arbor-is-an-amazing-all-natural-fir-cabin-in-poland/organica-cord-house-4/


Cześć Mateuszu! Cieszę się, że mogę porozmawiać z twórcą tak dobrze wykonanego cordwoodowego budynku.


Witam Cię, Jarku. To bardzo miłe z Twojej strony. Na wstępie chciałbym Ci powiedzieć, że podziwiam ogrom pracy, który włożyłeś w badania nad cordwoodem. Twoja książka szybko znalazła się mojej naturalnej bibliotece. Cieszę się, że mogę w jakikolwiek sposób pomóc w dalszym badaniu tematu.
Zbudowaliśmy tę altanę dobrych kilka lat temu, to wciąż były nasze początki eksperymentowania z technikami naturalnymi, zwłaszcza z cordwoodem. Altana, jako całość, wyszła naprawdę dobrze, ale same ściany z cordwoodu częściowo w niej użyte,  pozostawiają jeszcze sporo do życzenia. W tym kontekście chętnie podzielę się wiedzą, co zrobiliśmy źle i jak zrobić to lepiej.
Ta “altana” to spory budynek, w dodatku rewelacyjnie wkomponowany w krajobraz.


Jakie fundamenty zrobiliście dla budynku?     


Fundamenty punktowe pod słupami, a tak konkretnie to betonowe kręgi od szamba zalane jeszcze dodatkowo betonem. Fundamenty wykonywała lokalna firma na zlecenie inwestora, niestety nie wchodziły w grę żadne eko-alternatywne rozwiązania.. Altana w rzucie ma formę dwóch przecinających się dziewięciokątów foremnych. Jedna część jest zabudowana i ocieplona, i tam jest wylana betonowa niezbrojona płyta ( tzw. chudziak); druga część, która pozostaje otwarta, uzbrojona jest jedynie w betonowe bloczki,ułożone na piaski jako support dla legarów podłogowych tarasu.


Co druga belka promienistego stropu wspiera się na belkach (czy raczej pniach) murłatowych w najbardziej wrażliwym miejscu, to jest w miejscu ich łączenia – jak to zrobiliście? 


Tak, jest to dość wrażliwe miejsce. Otóż murłaty są mocowane do słupów na drewniane owalne kołki  około 35 mm średnicy (średnicy transwersalnej, tej większej, k woli ścisłości ;)  Do tego po dwa wkręty ciesielskie 10x300 mm. Murłaty, natomiast, łączone są ze sobą  poprzez wstawienie dodatkowego elementu drewnianego, około 50 cm długości, o przekroju 10x10 cm, z twardego drewna (dąb albo jesion, już nie pamiętam teraz). Na tych murłatach wspierają się jednym swoim końcem krokwie/belki stropowe (bo to stropodach oczywiście ). Jako, że pośrodku tych dziewięciokątów mamy ustawione słupy, a kąt nachylenia dachu jest niski (5 stopni), to siły działające na rozpieranie przy słupach są znikome, a do tego równoważone przez symetryczny układ dachu. Słupy są odwrócone “korzeniem”, czyli szerszą częścią do góry,  zarówno ze względów estetycznych, jak i  funkcjonalnych (więcej przestrzeni przy podłodze ) oraz technicznych (więcej miejsca, by oprzeć dziewięć krokwi), 

W tym projekcie ściany w technologii cordwood, czyli za Tobą “polan opałowych”, zostały użyte w wersji niesamonośnej, tzn. dach podpierany jest przez drewniane słupy i leżące na nich belki. Okrągłe drewniane klocki wymurowane na zaprawie są tylko wypełnieniem pól konstrukcji szkieletowej,  nie przenoszą one żadnego obciążenia.
To oczywiście pełen infill, cordwood nie miał przenosić nawet części obciążenia z dachu.


Jaki daliście skład zaprawy?


Klasycznie jak do tynku glinianego. Przy stosowaniu gliny z Radoszyc było to 1:3 glina/piasek. A piasek klasyczny budowlany, zróżnicowane ziarno, 0-4mm.
Zaprawa była układana w dwóch pasach około 5-7 cm z pozostawieniem niewielkiej przestrzeni izolacyjnej na keramzyt. Pasy były też odsunięte około 1-2cm od krawędzi, tak by następnie zakładana fuga zlicowała się z czołem balików. 


Jaki daliście rodzaj drewna i jak długo je suszyliście?


Drewno jodłowe, suszone około trzech lat. W sensie: sezonowane, oczywiście, bez suszarni; nie sposób suszyć w klasycznej suszarni takich dużych przekrojów ( 20-40cm). Pomogło, że klocki były już pocięte na krótkie odcinki od samego początku. Znacznie przyspieszyło to wysychanie drewna.


A grubość ściany?


Drewno 25 cm. Pierwsza warstwa leżała na podwalinach z połówek bali o średnicy 30 cm, nieco ściętych z góry, ale w celu zapewnienia jeszcze większej stabilizacji ściany, pierwsza warstwa polan była przykręcona do podwaliny długimi wkrętami. Do tego dla większej przyczepności zaprawy, w miejscach, gdzie były spore otwory oraz przy styku z podwaliną, oczepem oraz słupami były dodatkowe mocowane gwoździe. Ten system się sprawdził, zaprawa nawet grubo nakładana, nie spływała. Teraz pewnie dołożyłbym do zaprawy sieczki, a może i słomy w większych przestrzeniach, by poprawić stabilność i zmniejszyć skurcz.


Czy w ścianach jest izolacja termiczna (a jeśli tak, to jaka)?


Tak, w przestrzeniach pomiędzy pasami zaprawy z gliny jest keramzyt. Jednak z założenia miała to być altana letnia, więc izolacja termiczna ścian nie była tutaj priorytetem - stąd keramzyt, który zdecydowanie nie wiedzie prymu wśród materiałów izolacyjnych. Teraz pewnie użyłbym innego materiału izolacyjnego (np. perlitu czy szkła piankowego, choć nie wiem, czy występuje w takim drobnym granulacie, a może trociny z wapnem. Na pewno nic, co pod wpływem wilgoci z zaprawy mogłoby dostać grzyba. Czyli nie zastosowałbym wełny drzewnej, owczej czy celulozowej, o bardzo dobrych właściwościach termoizolacyjnych,  które z technicznego punktu widzenia mogły być bardzo wygodne w użyciu w tym zastosowaniu. Nie wspominając nawet o wełnie szklanej czy styropianowym granulacie - toż to syf nie z tej ziemi).



Co zrobiliście z pęknięciami w pieńkach?


W tym przypadku były szpachlowane gliną. Nie jest to jednak dobre rozwiązanie, jeśli chcemy zachować szczelność.


Wykończenie: Czym fugowaliście? Czy po wzniesieniu ściany fugowaliście pieńki, czy tylko je oczyściliście?


Fugowaliśmy też tynkiem glinianym. Polana były szlifowane przed ich zamontowaniem w ścianie  (ściernica listkowa 125 mm na szlifierce kątowej, granulacja 40) i zabezpieczone lazurą ochronną Leinos z jednej strony i woskiem z drugiej (od wewnątrz). Przy murowaniu nawet się specjalnie nie pobrudziły, natomiast później przy szpachlowaniu - tak i owszem, ale tylko krawędzie (szlif wyższą granulacją może by załatwił sprawę). Czerwona glina akurat bardzo barwi, głęboko wchodzi w strukturę drewna i dobrze trzyma kolor - co oczywiście w tej sytuacji nas nie cieszyło. To co przeszlifowaliśmy,  zostało ponownie pomalowane.


Generalnie, moja opinia nt. cordwoodu jest taka: wysiłek, tak naprawdę, szalony, jeśli ściana ma być w jakimś sensie płaszczyzną (tzn. plus minus 1 cm). Bowiem dociąć pieńki, tak by ich płaszczyzny czołowe były równoległe i trzymały wymiar - to niełatwe, a co za tym idzie  bardzo pracochłonne zadanie. Nawet posiadanie idealnie równoległych płaszczyzn czołowych  nie daje gwarancji, bo nie zawsze można je tak położyć. Przecież to w kształcie nawet nie jest cylinder, tylko raczej ścięty stożek, w dodatku jeszcze nieregularny.


Koszty były dość spore, biorąc pod uwagę wszystkie procesy.  Robocizna surowa, bez narzutu, około 200zł/m², materiały około drugie tyle, jeśli są wysokiej jakości ( drewno bez śladów kory, suszone, oleje naturalne).


Do tego bale, pomimo że trzy lata sezonowane i mierzone na 16% wilgotności, oczywiście popękały, a do tego wokół poszczególnych pieńków pojawiły się szpary na obwodzie. To sprawiło, że cała ściana wymagała jeszcze raz fugowania. A potem kolejny raz. Po trzecim razie okazało się, że altana w dużej mierze funkcjonuje też zimą (a nie jak wyjściowo zakładano głownie latem i wczesną jesienią), Nie pozostawało nic innego jak otynkować cordwood z zewnątrz, co zdaje się dość popularną i racjonalną praktyką, jeśli używana jest zaprawa gliniano/wapienna. Nie wiem, jak jest w przypadku betonu, bo stronię od takich prac jak od ognia, ale też nie podejrzewam, by użycie cementowej zaprawy miało zapobiec pęknięciom, jako że zaprawa cementowa jest znacznie mniej elastyczna. Choć w Stanach przecież używają niby takiej  zaprawy do ścian i ich później nie tynkują. Ale widziałem tylko na zdjęciach, bez zbliżeń, więc nie wiem do końca,jak to jest. Na moje doświadczenie to nie ma opcji, żeby szczeliny się nie pojawiały - drewno mimo, że wmontowane jest jako powietrzno-suche, to zawsze będzie zwiększać i zmniejszać swoją objętość pod wpływem zmiany wilgotności powietrza na zewnątrz, co będzie skutkowało pojawienie się szczelin pomiędzy zaprawą o obwodem pieńków. No może gdyby czoło drewna było superszczelnie zalakierowane - tylko po co ta chemia? A zastosowanie oleju nic w tym wypadku nie da, para wodna i tak wniknie w strukturę drewna, powodując zmianę objętości. Więc szczeliny moim zdaniem zawsze tam będą, chyba że zastosuje się np. plastyfikatory,takie jak do domów z bali, tzw. chinking, który jest na tyle elastyczny i sprężysty, że będzie ściskany w przypadku zwiększania objętości polan, a następnie będzie się rozprężał w przypadku spadku wilgotności podczas schnięcia. W Norwegii, podobnie jak kiedyś w Polsce, przy rekonstrukcji starych budynków z bali stosuje się mech zmieszany z gliną ( dość chudą, ale bez dodatkowego piasku), właśnie jako uszczelnienie pomiędzy balami. Może więc tak ? :)


Plastyfikatory fabryczne są zaś szalenie drogie - pewnie doszłoby ze 100zł/1m² w przypadku takiej ilości.

Reasumując: jeśli jeszcze kiedykolwiek miałbym zdecydować sie na technologię cordwood, to tylko wtedy, jeśli miałby to być okrągły budynek  i ściana taka byłaby nośna albo wyłącznie dla tej specyficznej estetyki, ale już bez żadnej spiny z izolacją/szczelnością.
W innych przypadkach przegrywa on w moim odczuciu z alternatywnymi technologiami naturalnymi, głównie czasowo, ale za tym idzie ostatecznie również strona finansowa. Może kiedyś to miało sens, gdy był słaby dostęp do dobrej jakości drewna na niektórych terenach.



Jakie daliście warstwy?


Od dołu: belka stropowa, boazeria woskowana 19 mm, kontrłata wentylacyjna/pustka powietrzna 25 mm, opóźniacz pary, izolacja z wełny drzewnej 14 cm,legarowanie co 40 cm osiowo, membrana wysokoparoprzepuszczlna, kontrata wenytlacyjna 25 cm, płyta MFP-P5 albo deskowanie 25 mm ( nie pamiętam, stosujemy zamiennie) i na to papa termozgrzewalna 5,2 mm, folia kubełkowa kubełkami do góry, keramzyt 1-2 cm, geowłóknina 300 g/m², 10 cm ziemi ( w tym przypadku nie było nawet żadnego specjalnego substratu) i w to sadzone rośliny z rodziny Sedum ( 25 szt/m², jeśli dobrze pamiętam). Wokół krawędzi dachu ułożono opaski o szerokości 20 cm z keramzytu. Teraz robimy żwirowe, ew. keramzyt idzie na dno, a żwir przyciska go z wierzchu. Żwir zapobiega wywiewaniu materiału, jest jednak dość cieżki. Wokół krawędzi oczywiście obróbka blaszana, tutaj konkretnie tytan-cynk.


Czy mieliście jakieś wsparcie techniczne? Czy też zielony dach wykonaliście w 100% samodzielnie? Z czym były problemy?


Nie, nie mieliśmy wsparcia, dachy zielone robimy już kilku lat, a inne naturalne pokrycia dachowej jeszcze dłużej. Tutaj użyty jest klasyczny system,  średnio-oszczędnościowy. Wadą jego jest to, że dość długo się zazielenia (2 lata do około 90 %). W tym wypadku obyło się z zasadzie bez problemów, żadnego przesychania na przykład. Najczęściej jednak stosujemy nieco droższe systemy - używamy membranę epdm 1,3 mm zamiast papy i czasem również gotowe zielone już maty. Ale ciekawym i dość tanim rozwiązaniem są też dachy zielone w technologii low-tech, czyli najczęściej na samej folii kubełkowej lub nawet na starych banerach i z darnią ściągniętą z pobliskiej łąki. Też działa, tylko ma inną specyfikę.


Jak odpływa nadmiar wody?


W tym projekcie właśnie ze względu na większą ilość wody spływającej z dachu niż początkowo zakładaliśmy, w nieco późniejszym okresie zostały zamontowane drewniane rynny ze spustami z łańcucha.


Jak poszło z pozwoleniem na budowę?

Wiesz... duża posiadłość i dawne czasy. Nic nie widać, nikomu nie przeszkadza. Jakiś tam papier może jest, nie wchodziłem w szczegóły. Jednak dla samego cordwoodu w ścianie nie byłoby problemu, klasycznie w projekt wpisałoby się, że to ściana z drewna, nie wiem natomiast jak to wygląda ew. w mieście, bo to jednak elewacja...  no, ale kto buduje cordwood w mieście i po co wówczas tak się wyróżniać, skoro technicznie, jak już wspomniałem, nie ma to sensu? Może konieczne byłoby też odniesienie się do użycia tzw. wyrobów jednostkowych, ale to dość prosty i powszechnie stosowany zabieg formalny w przypadku naturalnych materiałów budowlanych.


To naprawdę bardzo ciekawy budynek. I zrobiony z kulturą!


Dziękuję! To był nasz pierwszy budynek w pełni design & build, no może bez projektu wykończenia wnętrza (choć częściowo tak, jak np. cordwoodowy bar - jeśli chcesz mogę Ci dać dokładny opis techniczny jego wykonania, krok po kroku, bo robiłem kiedyś dla kolegi. To jeden z budynków, z których jestem naprawdę dumny.


Dziękuję Ci za rozmowę.


Jarosław Szewczyk 

 architekt, absolwent i pracownik naukowy Wydziału Architektury Politechniki Białostockiej (w 2006 roku doktorat na Politechnice Warszawskiej; w 2012 roku habilitacja tamże): autor około 200 publikacji, w tym siedmiu książek, a ponadto pasjonat biegania (ukończone dwa maratony).



Najnowsze i najpopularniejsze dawki wiedzy

Zamknij

Podaj tutaj swój adres email: